Każda niedziela jest zgromadzeniem się całego Kościoła wokół Pana: za każdym razem wracamy do tego, co istotne, do dnia Jego śmierci, która była i jest ukazaniem się Jego Ducha, Jego synostwa Bożego i Jego nieśmiertelności. Ta godzina jest chlebem z nieba, który spożywamy, byśmy sami mieli życie w sobie. Dlatego wzorem pierwszych chrześcijan i Ojców Kościoła tego dnia gromadzimy się na liturgii upamiętniającej Pana.
Przed spożywaniem w misterium Eucharystii Chrystusa wsłuchujemy się w Jego słowo. Dziś w kościołach odczytuje się fragment Ewangelii według świętego Mateusza: 10, 26-33. Do tego fragmentu homilię głosił w V wieku po Chrystusie w Konstantynopolu Jan Chryzostom (cała homilia znajduje się w bibliotece patrystycznej). Sięgnijmy zatem po jego nauczanie:
Z pism Ojców:
Najpierw uwolnił ich od troski o pożywienie, potem od lęku przed niebezpieczeństwami, a teraz od obawy przed oszczerstwem. Od pierwszej troski wyzwolił ich, mówiąc: „Godzien jest robotnik swojej zapłaty” (Mt 10,10), dając im zarazem do zrozumienia, że wielu ludzi ich przyjmie. Od trwogi wobec niebezpieczeństw uwolnił ich słowami: „Nie troszczcie się, jak albo co macie mówić” (Mt 10,19), oraz: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,22). Ponieważ jednak było prawdopodobne, że spadnie na nich również zła sława — a dla wielu ludzi jest to cięższe do zniesienia niż wszelkie inne cierpienia — zobacz, skąd czerpie dla nich pociechę. Zachętę wyprowadza z samego siebie i z tego wszystkiego, co zostało powiedziane o Nim. Nic bowiem nie mogło się z tym równać.
Jak tam powiedział: „Będziecie w nienawiści u wszystkich” (Mt 10,22), dodając: „z powodu mego imienia” (Mt 10,22), tak i tutaj postępuje podobnie. Łagodzi jednak ich smutek jeszcze w inny sposób, dołączając nową myśl do poprzedniej. Jaką?
Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana. Wystarczy uczniowi, że będzie jak jego nauczyciel, a słudze jak jego pan. Jeżeli gospodarza nazwali Belzebubem, o ileż bardziej tak nazwą jego domowników! Nie bójcie się ich więc! (Mt 10,24–26).
Widzisz, jak objawia siebie jako Pana, Boga i Stwórcę wszystkiego? Czyż nie zdarza się, że uczeń przewyższa nauczyciela albo sługa swego pana? Dopóki jednak pozostaje uczniem i sługą, sama natura tej relacji na to nie pozwala. Nie przywołuj mi tu wyjątkowych przypadków, lecz patrz na zasadę obowiązującą w większości sytuacji.
Zauważ też, że nie powiedział: „o ileż bardziej jego sługi”, lecz: „jego domowników” (Mt 10,25), ukazując za jak bliskich sobie ich uważał. Gdzie indziej mówi przecież: „Już was nie nazywam sługami (…) ale nazwałem was przyjaciółmi” (J 15,15). Nie powiedział również: „Jeżeli znieważali gospodarza domu” albo „jeżeli Go oczerniali”, lecz przytacza samą formę zniewagi: nazwali Go Belzebubem (Mt 10,25).
Następnie daje im jeszcze inną pociechę, nie mniejszą od poprzedniej. Tamta wprawdzie jest największa, lecz ponieważ uczniowie nie osiągnęli jeszcze pełnej doskonałości, potrzebowali także zachęty szczególnie zdolnej pokrzepić ich serca. Dlatego mówi:
Nie ma nic zakrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw (Mt 10,26).
Choć słowa te mają postać ogólnej zasady, odnoszą się tutaj nie do wszystkich spraw, lecz do tych właśnie, o których mówi. Sens ich jest następujący: dla waszej pociechy powinno wystarczyć to, że i Ja, wasz Mistrz i Pan, uczestniczyłem w tym samym poniżeniu. Jeśli jednak nadal zasmucają was te słowa, pomyślcie także o czymś innym: wkrótce zostaniecie uwolnieni od tego podejrzenia. Czemu się smucicie? Dlatego, że nazywają was czarownikami i oszustami? Poczekajcie tylko krótki czas, a wszyscy ludzie będą was nazywać zbawcami i dobroczyńcami świata. Czas bowiem odsłania wszystko, co ukryte. Obali ich fałszywe oskarżenia, a waszą cnotę uczyni widoczną dla wszystkich. Gdy sam bieg wydarzeń ukaże was jako zbawców, dobroczyńców i wzory wszelkiej cnoty, ludzie nie będą już słuchać oszczerczych słów, lecz spojrzą na rzeczywistość. Wtedy tamci okażą się fałszywymi oskarżycielami, kłamcami i potwarcami, wy zaś zabłyśniecie jaśniej niż słońce. Długi upływ czasu objawi was i rozgłosi, przemówi głosem donośniejszym niż trąba i uczyni wszystkich ludzi świadkami waszej cnoty. Niech więc to, co teraz się o was mówi, nie poniża waszego ducha. Niech raczej podnosi was nadzieja przyszłych dóbr. Nie może się bowiem stać, aby to, co was dotyczy, pozostało na zawsze ukryte. (…)
Gdy jednak wyniósł ich tak wysoko, znowu przypomina im o niebezpieczeństwach. Dodaje skrzydeł ich duszom i wznosi ich ponad wszelki lęk. Mówi bowiem:
Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą (Mt 10,28).
Widzisz, jak stawia ich ponad wszystko? Uczy ich gardzić nie tylko troskami i oszczerstwami, nie tylko niebezpieczeństwami i zasadzkami, lecz nawet tym, co wszyscy uważają za najstraszniejsze — samą śmiercią. I nie tylko śmiercią, lecz śmiercią zadaną gwałtem. Nie powiedział: „Zostaniecie zabici”, lecz z godnością właściwą sobie przedstawił rzecz inaczej: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej Tego, który może i duszę, i ciało zatracić w Gehennie” (Mt 10,28).
Jak zwykle prowadzi rozumowanie przez przeciwieństwo. „Czy śmierci się boicie?” — mówi. „Czy dlatego zwlekacie z głoszeniem? Właśnie dlatego nakazuję wam głosić, abyście przestali się jej lękać. To bowiem uwolni was od tego, co jest prawdziwą śmiercią”. Choćby nawet zabili was prześladowcy, nie zdołają zwyciężyć tego, co w was najcenniejsze, choćby podejmowali niezliczone wysiłki. Dlatego nie powiedział: „którzy nie zabijają duszy”, lecz: „którzy nie mogą jej zabić” (Mt 10,28). Mogą tego pragnąć, lecz nie zdołają tego dokonać.
Jeżeli więc boisz się kary, lękaj się raczej tej, która jest nieporównanie cięższa. Widzisz, jak znowu nie obiecuje im ocalenia od śmierci, lecz dopuszcza możliwość, że umrą? Daje im przez to więcej, niż gdyby nie pozwolił im cierpieć. Albowiem wybawienie od śmierci nie jest tak wielką rzeczą, jak nauczenie człowieka pogardy dla śmierci. Widzisz też, że nie popycha ich ku niebezpieczeństwom, lecz stawia ponad nimi. W jednym krótkim zdaniu zaszczepia w ich umysłach naukę o nieśmiertelności duszy. (…)
Gardźmy więc śmiercią, nawet jeśli jeszcze nie nadeszła chwila, która wymagałaby od nas takiego świadectwa. Śmierć bowiem przenosi nas do życia nieporównanie lepszego. (…)
Jeżeli bowiem to właśnie dusza jest sprawczynią całego piękna i życia ciała, o ileż wspanialsza musi być ona sama! Jeżeli potrafi zachować przy życiu coś tak niekształtnego i niepięknego, jak materia ciała sama w sobie, tym bardziej należy podziwiać jej własną doskonałość. To dusza użycza ciału blasku, wdzięku, ruchu i życia. Gdy odchodzi, wszystko natychmiast więdnie, rozpada się i ukazuje swoją prawdziwą naturę. Dlatego rozkład ciała nie jest znakiem jego ostatecznej zguby, lecz świadectwem wielkości duszy, która przez pewien czas mieszkała w nim jak królowa w swoim pałacu.
Albowiem piękno nie tkwi w samym ciele, lecz w wyrazie, w blasku, który dusza rozlewa na jego materię. Dlatego zachęcam cię, byś pokochał to, co sprawia, że ciało wydaje się piękne. A po cóż mówić jedynie o śmierci? Już w samym życiu możesz dostrzec, że wszystko, co piękne, pochodzi od duszy.
Jeżeli jest radosna, rozsypuje róże na policzkach. Jeżeli cierpi, odbiera piękność i okrywa wszystko ciemną zasłoną. Jeżeli trwa w pogodzie ducha, ciało rozkwita i nabiera sił. Jeżeli pogrąża się w smutku, czyni je cieńszym i słabszym niż pajęcza nić. Jeżeli wpada w gniew, sprawia, że staje się ono odrażające i nieprzyjemne. Jeżeli ukazuje w oczach spokój, obdarza człowieka wielkim wdziękiem. Jeżeli zaś wyraża zazdrość, rozlewa po twarzy bladość i siny odcień. Jeśli natomiast napełnia się miłością, natychmiast obdarza całe oblicze niezwykłą łagodnością i urokiem.
Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię Mateusza, XXXIV
Punkty do medytacji
Zwróć uwagę jak Jan Chryzostom potrafi rozróżnić różnego rodzaju lęki mieszkające w człowieku, które Jezus przewiduje w swoich uczniach i do mierzenia się z którymi ich przygotowuje: lęk o pożywienie, lęk przed niebezpieczeństwami, obawy przed oszczerstwem. Czy prowadzisz na tyle głębokie życie duchowe, żeby dostrzegać niuasne własnego wnętrza i wnętrza innych? Czy potrafisz dostrzegać nie tyle lęk czy odwagę, ale ich barwy, odcienie, powody?
Wolność od lęku przed samą śmiercią jest znakiem wyróżniającym chrześcian, skoro w Chrustusie otrzymaliśmy nieśmiertelność. Jan Chryzostom zaszczepia w sercach swoich słuchaczy tę wolność na różne sposoby. Czy nosisz ją już w sobie? Czy pozwalasz sobie na tego rodzaju odwagę?
W końcowym fragmencie homilii Jan Chryzostom pięknie mówi o duszy, którą postrzega jako życie ciała, jako nasze serce, naszą głębię. Czy fascynuje mnie życie mojej duszy: jej poruszenia, ona sama…?












