Historia Kościoła dzieje się na naszych oczach. Niestety nie jest to historia, która umacnia w świecie Ewangelię i z której uczniowie Jezusa mogą być dumni. Toczy się na naszych oczach historia kolejnej schizmy… Choć nasz mistrz i Pan, Bóg, który stał się człowiekiem, przelał własną krew i oddał swoje życie, by rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno, kolejne pokolenie Jego uczniów zamiast jedność umacniać, pogłębia podziały.
Stowarzyszenie kapłańskie czy rzeczywisty Kościół?
Bractwo Kapłańskie św. Piusa X formalnie jest międzynarodowym stowarzyszeniem założonym w 1970 roku przez abp. Marcela Lefebvre’a, którego celem jest zachowanie i przekazywanie tradycyjnej liturgii, duchowości i teologii katolickiej, zwłaszcza w formie, jaka istniała przed Sobór Watykański II. Wokół Bractwa powstał z czasem silny ruch łączący ludzi przekonanych, że po II Soborze Watykańskim w Kościele rzymskokatolickim doszło do głębokiego kryzysu doktrynalnego, liturgicznego i duszpasterskiego.
W 1988 roku założyciel Bractwa, abp Lefebvre bez zgody papieża konsekrował czterech biskupów. Przyznawał, że udzielenie święceń bez zgody biskupa Rzymu jest niewłaściwe, ale usprawiedliwiał swoje działanie „stanem konieczności”. Ówczesny biskup Rzymu, Jan Paweł II uznał jednak ten akt za nieposłuszeństwo i jawne pogwałcenia kanonów Kościoła i ogłosił, że biskupi zaciągnęli ekskomunikę za dokonanie i przyjęcie święceń bez papieskiego mandatu. Relacje Bractwa z Kościołem rzymskokatolickim znalazły się w sytuacji patowej: zerwana jedność z biskupów z Rzymem nie oznaczała odłączenia się od jedności kościelnej całego ruchu.
Następcy Jana Pawła II wykonali gesty pojednawcze wobec Bractwa: Benedykt XVI w 2009 roku zdjął ekskomuniki z żyjących biskupów Bractwa, a Franciszek w 2016 roku – przeżywanym jako Rok Miłosierdzia – udzielił prezbiterom Bractwa uprawnienia do ważnego i godziwego rozgrzeszania w sakramencie pokuty, a następnie przedłużył je na stałe.
Kolejny rozdział sporu z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X będzie pisał kolejny biskup Rzymu, Leon XIV. W przeddzień zapowiadanych na 1 lipca kolejnych święceń biskupich w Bractwie bez zgody Rzymu skierował do księdza Davide Pagliaraniego, Przełożonego Generalnego Bractwa list (tutaj można znaleźć ten tekst), w którym powołując się zarówno na swoją ojcowską troskę jak i odpowiedzialność z faktu bycia Następcą Apostoła Piotra, docenia „przywiązanie do życia liturgicznego, zaangażowanie w formację kapłańską, gorliwość apostolską oraz pragnienie wierności Tradycji” obecne w Bractwie oraz wzywa i prosi o odstąpienie od zamiaru udzielenia święceń biskupich bez jego zgody. Leon XIV otwarcie też zapowiada, że udzielenie święceń bez mandatu Rzymu będzie aktem schizmy, który pozbawi kapłanów Bractwa „możliwości godziwego, a w niektórych przypadkach nawet ważnego przyjmowania sakramentów”.
Te słowa wyraźnie świadczą o tym, że Bractwo Kapłańskie św. Piusa X nie jest przez Leona XIV postrzegane jako zwykłe stowarzyszenie księży, z którym ma trudne relacje, ale z rzeczywistym Kościołem czy wspólnotą kościelną na granicy schizmy. Co więcej, w zakończeniu jego listu do Bractwa padają słowa: „rozdzieranie całej tkanej bez szwów Tuniki Chrystusa jest grzechem niezwykle ciężkim”, a skoro słowo „Tunika” jest zapisane przez wielkie „t”, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z Kościołem, który zostanie rozdarty, a nie z pytaniem o status kanoniczno-prawny trzech czy czterech hierarchów, których relacje z biskupem Rzymu się popsują…
Źródła problemu
Dla wszystkich, którzy śledzą napięte relacje między Bractwem Kapłańskim a Rzymem, jest jednak oczywiste, że nie chodzi tylko o kwestie kanoniczno-prawne. Problem od samego początku sięga dużo głębiej.
Biskupi i teologowie Kościoła przynajmniej od XIX wieku zauważali głębokie zmiany zachodzące w społeczeństwach zachodniego świata, które dotykały kwestii religii: nowy świat dystansował się od religii i tym samym od chrześcijaństwa. Kryzys wiary w społeczeństwach zachodnich w latach 50. i 60. XX wieku zdecydowanie się pogłębił, czego znakiem była ich radykalna laicyzacja. W 1959 roku Jan XXIII, ówczesny biskup Rzymu ogłosił zamiar zwołania soboru powszechnego, a jako powód podawał konieczność dokonania „aggiornamento”, co można przetłumaczyć jako „aktualizację” Kościoła. W mowie otwierającej II Sobór Watykański 11 października 1962 roku Jan XXIII mówił, że owa „aktualizacja” w żadnym razie nie dotyczy „substancji wiary”, która musi pozostać ta sama, ale odnowy może wymagać sposób jej przedstawiania. Sobór odbył się w czterech sesjach i uchwalił 16 dokumentów: 4 konstytucje, 9 dekretów i 3 deklaracje. Zamknął go 8 grudnia 1965 roku następca Jana XXIII, Paweł VI.
Mimo towarzyszącej Soborowi deklaracji „powrotu do źródeł” zabrakło w jego dokumentach tradycyjnego zapisu od zarania chrześcijaństwa kończącego soborowe i synodalne ustalenia wypracowane przez biskupów: „a jeśli ktoś wierzy inaczej, niech będzie wyłączony ze wspólnoty Kościoła”. Dokumenty podpisał zatem również późniejszy założyciel i przełożony Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X: abp Marcel Lefebvre, który był jednym z ojców soborowych.
Sam sobór jednak – nadając swoim dokumentom różną rangę: od konstytucji po zwykłe deklaracje, a także przez rezygnację z anatem – wyraźnie nie chciał być odbierany jako ostateczna wyrocznia i definitywne rozwiązanie kryzysu, który doprowadził do jego zwołania. Bractwo krytykuje więc do dziś jego zapisy, ale także zwolennicy soboru do jego zapisów podchodzą dość wybiórczo. Dekret o formacji kapłańskiej „Optatam totius” wyraźnie pisze na przykład, że „kandydaci do święceń powinni zdobyć taką znajomość języka łacińskiego, która umożliwi im rozumienie i korzystanie z tak licznych źródeł nauk oraz dokumentów Kościoła”. Nie sprawdzajcie jednak znajomości łaciny u „soborowych księży”.
Podobnie jak Nestoriusz sprzeczał się w V wieku z Cyrylem Aleksandryjskim o tytuł maryjny (wówczas szło o „Theotokos”), choć powodem sporu było tak naprawdę pytanie o to, kim jest Chrystus, tak samo teraz osią sporu są zapisy soborowe i reformy liturgii, ale przyczyna tkwi dużo głębiej. Jest nią pytanie, które się tliło i czasem zadawane było otwarcie grubo przed soborem. Pytaniem tym było i cały czas jest: czy w nowożytnym świecie kształtowanym przez olbrzymi postęp wiedzy i technologii jest miejsce na Boga?
Jest to pytanie bez precedensu, gdyż ateizm jest zjawiskiem nowym i nie dotyczy całego rodzaju ludzkiego, lecz ludzi pewnej kultury, którą możemy nazwać różnie: „modernistyczną”, „współczesną” lub „nowoczesną” – podkreślając głęboką zmianę świadomości dokonaną na skutek postępu ludzkiej wiedzy – lub „zachodnią”, jeśli przyjąć bardziej okoliczności geograficzne jako wyznacznik nazewnictwa. Bardzo wielu ludzi tej kultury daje na tak postawione pytanie odpowiedź negatywną i żyje po prostu bez wiary i religii. Kościół przyjmując ich stanowisko musiałby podjąć równocześnie decyzję o samorozwiązaniu, a ponieważ takiej sytuacji nie wyobrażają sobie nawet najodważniejsi ateiści, czekają oni cierpliwie aż chrześcijaństwo samo wygaśnie.
Ludzie mający wiarę w Boga i przywiązani do religii mają dwa wyjścia: wycofać się z „nowoczesności” (lub przynajmniej ją przetrzymać) albo mówiąc odważnie, że w nowożytnym świecie jest miejsce na Boga, muszą wskazać gdzie. Jedno jest pewne, będzie go w jakimś sensie mniej niż było go wcześniej, ale to dla Kościoła nic nowego. Przecież chrześcijaństwo samo walczyło z „bogiem”, który był w kamieniu i błyskawicy, w libido i w sztuce. Tamten „bóg” bronił się przed chrześcijaństwem oskarżając adeptów nowej religii o ateizm. Chrześcijaństwo sprzeciwiło się również „bogowi”, który pisze nieomylne księgi posługując się dialektem arabskim z VII wieku, i nigdy nie ufało do końca „bogowi”, który daje wizje, ekstazy, tajemną wiedzę czy zdrowie i sukces. Możliwe, że będzie tego Boga tak mało, jak mało Go było dla pierwszych uczniów Jezusa: będzie w drgnieniu serca, które oddaje życie za brata, nawet jeśli jest wrogiem; będzie w Duchu – delikatnym jak łagodny powiew – który rozlewa w sercach miłość Boga.
Patrystyczne prognozy na przyszłość dla Bractwa i Kościoła
Czy Ojcowie Kościoła mogą nam pomóc przejść przez kryzys, który przeżywamy na Zachodzie przynajmniej od kilkudziesięciu lat? Czy znajdziemy u nich jakieś wskazówki, co do tego konkretnego kryzysu związanego z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X? Oczywiście!
Przede wszystkim pamiętać trzeba, że Kościół nie ma jednego Ojca, co więcej: ma wielu Ojców, którzy żyli na przestrzeni kilku wieków. To jest pierwsza wskazówka: wielkie rozwiązania rodzą się długo i nigdy z jednej głowy czy serca.
Nie znajdziemy wśród Ojców mistyków, którym Bóg do ucha podyktował odpowiedzi, ani wizjonerów, przez których Jezus lub Maryja w objawieniach udzielał konkretnych wskazówek. Co więcej, od czasu Montana i katafrygów skończyła się w Kościele bezgraniczna ufność w wizje i słowa zasłyszane w mistycznych uniesieniach charyzmatyków. To jest ważna wskazówka: nie szukajmy odpowiedzi na współczesne wyzwania w tych źródłach.
Pierwszym dziełem Ojców, jeszcze przed definitywnym ustaleniem kanonu ksiąg świętych i sformułowaniem dogmatów było wypracowanie zasady: nic nie czyńcie bez waszych biskupów. Po śmierci Jezusa i odejściu z tego świata tych, którzy Go znali osobiście, chrześcijaństwo ukształtowało jeden ze swoich oryginalnych elementów, którego nie zna żadna inna religia: hierarchię, czyli władzę bez przymusu. Biskup nie musi być mistykiem, ba, nie musi być nawet biegłym teologiem czy przyzwoitym człowiekiem, a już na pewno nie musi być charyzmatycznym liderem. Bez niego jednak nie można nic czynić. Nie dlatego, że zawsze ma rację, ale dlatego, że po prostu on decyduje. Biskupowi oczywiście trzeba czasem przypomnieć, że nie po to jest biskupem, żeby decydował sam, i że nie decyduje o wszystkim, bo pewne rzeczy są po prostu prawem powierzonego mu ludu. Ojcowie Kościoła jednak i historia ich czasu nie pozostawiają złudzeń: bez biskupa nie da rady.
Potężną władzę ma też kolegium biskupów. Złoty wiek Kościoła przypada na czas jedności Patriarchatów, która nigdy nie była idealna, czasem się zrywała, ale Antiochia, Aleksandria, Rzym i Konstantynopol jakoś się trzymały razem będąc znakiem jedności Kościoła. Patriarcha Aleksandrii mieszka dziś w Kairze, Antiochia ma pięciu patriarchów: trzech w Damaszku, dwóch w Bejrucie, patriarcha Nowego Rzymu mieszka dziś w Istambule. Biskup Rzymu miał też swego czasu siedzibę w Avignonie, a i ten tytuł w pewnym momencie nosiło aż trzech biskupów. Nie tylko więc fragmenty Ewangelii o przekazaniu kluczy Piotrowi, ale historia Kościoła radzą z nim trzymać. Nie zazdroszczę Leonowi XIV władzy, która wiąże się z taką odpowiedzialnością, i szczerze dziwię się miłośnikom tradycji, którzy nie tylko jedności z nim nie szukają, ale nawet prowadzą z nią niebezpieczną grę…
Rzym bardzo długo nie korzystał w pełni ze swojej władzy, ale jeśli Leon XIV ogłosi zerwanie jedności z duchownymi z Bractwa, Bractwo wygaśnie jak wszystkie wcześniejsze schizmy. Nie jest przecież ludem jak Kościoły Wschodu, które trwają mimo braku jedności między zwierzchnikami. Kościół jest przede wszystkim ludem, a nie ruchem ideologicznym czy klubem wspólnej myśli. Bractwo Kapłańskie św. Piusa X od dłuższego czasu zmierza w stronę przekroczenia tego Rubikonu: zerwanie jedności z Rzymem będzie – w odróżnieniu od Cezara – jego klęską.
Zdumiewające jest też to, że duchowni bractwa za arcybiskupem Marcelem powołują się na przykład Atanazego z Aleksandrii i jego obronę nicejskiego wyznania wiary. Przede wszystkim Atanazy przy pierwszych swoich trudnościach od razu skierował swoje kroki do Rzymu i o jedność z nim ze wszystkich sił zabiegał. Poza tym to nie Atanazy był w tamtym czasie konserwatystą broniącym tradycyjnej teologii, ale jego przeciwnicy.
Napisałem wcześniej, że spór z ateizmem jest dla Kościoła nowością, bo współczesny ateizm jest rzeczywiście nowinką w wielowiekowej historii ludzkiej cywilizacji. W przenoszeniu jednak wiary w Trójjedynego Boga i w zbawienie dokonane w Jezusie Chrystusie Kościół ma wprawę. Nie bez przyczyny chrześcijanie zawsze wielbili Boga, który „żyje i króluje przez wszystkie wieki wieków” i swoją misję dziejową Kościół określa mianem „tradycji”, czyli właśnie przekazywania, przenoszenia. Ten „wiek” w zakończeniu modlitw Kościoła to greckie słowo „aion” i łacińskie „saeculum”, które znaczy przede wszystkim „świat”, a „wiek” w tym samym sensie, który mamy namyśli, gdy wspominamy nasz „wiek młodzieńczy” czy z niepokojem myślimy o „podeszłym wieku”. Chrześcijanie wiedzą, że nie tylko ludzie żyjący w różnych miejscach żyją w różnych światach, ale także jedno miejsce oglądało już wiele światów ludzi. Wierzymy więc w Boga, który żył i królował w wieku wielu bogów i bogiń. Ten sam Bóg był Bogiem świata Żydów niewoli egipskiej i Królestwa Dawida; ery świątyni i wieków diaspory. Wierzymy w Boga dumnego wieku antyku i wieków, które pogardliwie nazwaliśmy średnimi. Był Bogiem w wieku pary i elektryczności. Był z nami w świecie wielkich odkryć i wielkich wojen. Nie zniknął w wieku rewolucji przemysłowej. Czemu miałby przestać żyć i królować w wieku, który nazwał się „współczenością” i „nowoczesnością”. Nawet jeśli pojawi się wiek, który przedstawi się jako „pochrześcijański”, „ateistyczny” i „bezreligijny”, Bóg będzie żył i królował, bo jest Panem wszystkich wieków.
Atanazy, na którego powołują się tak często duchowni z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X i sympatycy Bractwa, nie bał się przeprowadzić Boga Biblii do świata greckiej filozofii. Nie trzymał się kurczowo teologii Apostołów i sformułowań Jezusa, ani swoich własnych nauczycieli. Między innymi dzięki niemu dokonało się ówczesne „aggiornamento”. Kiedy był młodziutki Kościół przeprowadził dużo odważniejszą reformę liturgii niż Sobór Watykański II: odstąpiono od zwyczaju, który był przecież zwyczajem samego Jezusa i Apostołów, świętowania Paschy w dowolny dzień tygodnia byle 15 dnia miesiąca nizan i w całym Kościele przyjęto zwyczaj, który jakiś czas temu był nowinką, i zaczęto świętować Paschę zawsze w niedzielę, dzień po żydowskim szabacie. Dzięki Atanazemu oraz innym Ojcom zmieniono też nauczanie Kościoła: choć w Biblii Mądrość Boża nazywa samą siebie „stworzeniem”, Syna Bożego – będącego przecież tą Bożą Mądrością – zakazano nazywać stworzeniem Boga.
Tradycja nigdy nie polegała na konserwowaniu, ale właśnie na przekazywaniu, na przenoszeniu – jak to ujął Jan XXIII – „substancji wiary” z jednego świata do drugiego, na dbaniu o to, by świat odchodzący do przeszłości nie zabrał jej czasem ze sobą jak zabrał przez wieki tyle różnych religii. Tradycja nigdy nie była dziełem jednego człowieka czy środowiska. Tradycja zawsze była i będzie dziełem całego Kościoła. Tradycja domaga się miłości obu światów: tego, który nam wiarę dał, i tego, któremu wiarę mamy przekazać, przecież dlatego kochamy i świat Biblii, i świat Ojców, i świat Franciszka z Asyżu i świat Jana Pawła II. Przywiązania tradycja domaga się do jednego: substancji wiary, a tej nie da się dostrzec bez jedności z innymi wierzącymi. Dlatego schizma nigdy nie uratuje tradycji, a co najwyżej uwięzi wiarę w świecie, w którym ją otrzymaliśmy.
dr Przemysław Marek Szewczyk, patrolog
PS. Jeśli doczytałeś / doczytałaś ten tekst aż dotąd, serdecznie zapraszam do pozostania dłużej na portalu poświęconym Ojcom Kościoła. Jego celem jest zbudowanie środowiska, które chce od nich uczyć się autentycznej tradycji, żebyśmy potrafili zrobić to, co im już się udało: odkryć substancję wiary i nauczyć się uaktualniać ją w każdym świecie. Zarejestruj się i współtwórz swoją obecnością ten portal.














