Strona główna / Czytamy Ojców / Bóg oszczędził Rzym

Bóg oszczędził Rzym

W 410 roku do Rzymu wdarli się Goci pod wodzą Alaryka i złupili miasto (o tym, jak doszło do tego wydarzenia, można poczytać tutaj). Wśród zachowanych mów Augustyna z Hippony wyróżnia się cztery, w których pobrzmiewa echo tragicznych skutków tego wydarzenia. Trzy homilie już przeczytaliśmy, ale zawsze można do nich wrócić i odnaleźć je w Bibliotece patrystycznej: Mowa 81, Mowa 105 i Mowa 295. Fragment po fragmencie czytamy czwartą homilię zachowaną pod tytułem „Mowa o zburzeniu Rzymu”.

Z pism Ojców

Czy kilka lat temu, za panowania cesarza Arkadiusza, nie wydarzyło się coś podobnego w Konstantynopolu? Niektórzy słuchacze wiedzą, o czym mówię; są wśród nas nawet tacy, którzy byli tam wtedy obecni. Bóg chciał przestraszyć miasto, aby przez lęk doprowadzić je do poprawy, nawrócenia, oczyszczenia i przemiany. Jednemu ze swoich wiernych sług — człowiekowi, jak mówią, pełniącemu służbę wojskową — objawił się i oznajmił, że miasto zginie od ognia, który spadnie z nieba. Polecił mu przekazać to biskupowi.

Człowiek ten przekazał wiadomość. Biskup jej nie zlekceważył i przemówił do ludu. Miasto pogrążyło się w żałobie i pokucie, podobnie jak niegdyś Niniwa (por. Jon 3,4–10).

Nadszedł jednak dzień, którego dotyczyła Boża groźba. Stało się tak, aby ludzie nie sądzili, że ten, kto ją ogłosił, sam został oszukany albo chciał oszukać innych. Wszyscy czuwali i z wielkim lękiem czekali na to, co nastąpi. Gdy zapadł wieczór i świat okrywał się ciemnością, ujrzano od wschodu ognistą chmurę. Z początku była niewielka, lecz im bardziej zbliżała się do miasta, tym bardziej rosła, aż zawisła nad całym miastem, budząc straszliwy lęk. Wyglądało to tak, jakby na niebie wisiał przerażający płomień; czuć było nawet zapach siarki.

Wszyscy uciekali do kościoła, lecz nie mógł on pomieścić tłumu. Każdy domagał się chrztu od kogokolwiek, kto mógł mu go udzielić. Nie tylko w kościele, ale również w domach, zaułkach i na placach proszono o zbawczy sakrament. Ludzie chcieli uciec przed gniewem Bożym — nie tylko przed tym, co groziło im w tej chwili, lecz również przed przyszłym sądem.

Po tym wielkim utrapieniu, gdy Bóg potwierdził wiarygodność swego sługi i jego objawienia, chmura zaczęła się zmniejszać, tak jak wcześniej rosła, aż stopniowo zniknęła. Ludzie trochę się uspokoili, lecz wtedy usłyszeli, że wszyscy muszą opuścić miasto, ponieważ zginie ono w najbliższą sobotę.

Całe miasto wyruszyło wraz z cesarzem. Nikt nie pozostał w domu i nikt nie zamknął go za sobą. Oddalając się od murów, ludzie spoglądali na swoje ukochane domy i z żalem żegnali najdroższe miejsca. Wielki tłum przeszedł kilka mil, a potem zebrał się w jednym miejscu, aby modlić się do Pana. Nagle ludzie zobaczyli ogromny słup dymu i podnieśli donośny krzyk do Boga. Kiedy wreszcie dostrzegli, że wszystko się uspokoiło, wysłali posłańców po wiadomości.

Minęła godzina, w której miało nastąpić zapowiedziane nieszczęście. Posłańcy donieśli, że wszystkie mury i domy stoją nienaruszone, toteż wszyscy powrócili z wielką radością. Nikt niczego nie utracił: każdy zastał swój dom otwarty, tak jak go pozostawił.

Co powiemy o tym wydarzeniu? Czy był to gniew Boga, czy raczej Jego miłosierdzie? Któż mógłby wątpić, że najmiłosierniejszy Ojciec chciał poprawić ludzi przez wzbudzenie lęku, a nie ich ukarać, skoro nadchodzące nieszczęście nie wyrządziło szkody ani ludziom, ani domom, ani murom?

Było tak, jak bywa z ręką podniesioną do uderzenia: gdy ten, kogo miała dosięgnąć, przestraszy się, ręka cofa się ze współczucia. Tak właśnie stało się z tamtym miastem.

Załóżmy jednak, że gdy Konstantynopol opustoszał i wszyscy mieszkańcy go opuścili, spadłaby na to miejsce zagłada i doszczętnie zniszczyła je, jak Sodomę, nie pozostawiając nawet ruin. Czy ktokolwiek wątpiłby wtedy, że Bóg oszczędził miasto, skoro najpierw ostrzegł jego mieszkańców i wzbudził w nich lęk, a potem pozwolił im odejść, zanim zniszczone zostało samo miejsce?

Podobnie nie należy wątpić, że Bóg oszczędził również mieszkańców Rzymu. Wielu z nich opuściło miasto, zanim podpalili je wrogowie. Odeszli ci, którzy uciekli, a także ci, którzy wcześniej opuścili swoje ciała. Wielu spośród tych, którzy pozostali, zdołało się ukryć, wielu zaś ocalało w miejscach świętych. Rzym został więc raczej skarcony ręką Boga, który poprawia, niż zniszczony. Stało się z nim jak ze sługą, który zna wolę swego pana, a postępuje tak, że zasługuje na karę: otrzyma wiele razów (por. Łk 12,47).

Oby stało się to dla nas przestrogą. Oby świat, spragniony złych pożądań i pragnący zgubnych przyjemności, dał się raczej powściągnąć, gdy Pan ukazuje, jak nietrwałe i przemijające są wszystkie próżności oraz złudzenia tego świata. Niech nie szemrze przeciw Panu, kiedy dosięgają go zasłużone razy.

Augustyn z Hippony, Mowa o zburzeniu Rzymu, 6-8

Tagi:

Zostaw odpowiedź