Podczas zgromadzenia litugicznego w Dzień Pański w 24 niedzielę zwykłą odczytywany jest fragment Ewangelii świętego Mateusza, który rozpoczyna się od pytania Piotra zadanego Jezusowi, czy przebaczenie bliźniemu siedem razy jest zadowalające. W dalszej części tego fragmentu Ewangelii czytamy przypowieść, o królu, który postanowił rozliczyć się ze swoimi dłużnikami. Tekst porusza fundamentalną dla wiary chrześcijańskiej kwestię: nieskończonego miłosierdzia Boga i zaproszenia, które On do nas kieruje, abyśmy byli tak miłosierni, jak on.
Na dzisiejszą niedzielę proponujemy lekturę fragmentu homilii świętego Jana Chryzostoma do tego tekstu z Ewangelii Mateusza. Całość homilii można znaleźć w Bibliotece patrystycznej. Owocnej lektury!
Z pism Ojców
Piotrowi wydawało się, że proponuje bardzo wiele. Dlatego, chcąc okazać wielkoduszność, dodał: „Czy aż siedem razy?” (Mt 18,21). Pytał niejako: „Jak często mam czynić to, co nakazałeś? Jeśli brat wciąż grzeszy, lecz za każdym razem, gdy zostanie upomniany, okazuje skruchę, jak długo każesz nam go znosić? Temu, który się nie nawraca i nie uznaje swojej winy, wyznaczyłeś granicę, mówiąc: «Niech ci będzie jak poganin i celnik» (Mt 18,17). Tego zaś, który żałuje, nakazałeś przyjąć. Ile razy zatem mam przebaczyć człowiekowi, który po upomnieniu okazuje skruchę? Czy wystarczy siedem razy?”.
A co odpowiada Chrystus, dobry Bóg, miłujący człowieka? „Nie mówię ci: aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18,22). Nie wyznacza przez to liczby, lecz mówi o przebaczeniu bez końca, nieustannym i trwałym. Podobnie liczba dziesięć tysięcy może oznaczać po prostu ogromną ilość. Tak też Pismo, mówiąc: „Niepłodna rodzi siedmioro” (1 Sm 2,5), ma na myśli wiele dzieci. Chrystus nie ograniczył więc przebaczenia liczbą, lecz wskazał, że powinno ono trwać zawsze.
Ukazał to także w przypowieści, którą zaraz potem opowiedział. Aby słowa o „siedemdziesięciu siedmiu razach” nie wydały się nikomu nakazem zbyt wielkim i trudnym do spełnienia, dodał przypowieść. Potwierdził w ten sposób swoje pouczenie, powściągnął tego, kto chlubił się własną wielkodusznością, i pokazał, że przebaczenie nie jest ciężarem nie do uniesienia.
Przedstawił również swoją miłość do ludzi, abyś przez porównanie z nią zrozumiał, jak niewielkie jest twoje przebaczenie. Choćbyś przebaczał bliźniemu siedemdziesiąt siedem razy, choćbyś stale darował mu wszystkie jego przewinienia, twoja miłość wobec bezgranicznej dobroci Boga byłaby jak kropla wody wobec nieskończonego morza — a nawet czymś znacznie mniejszym. Tej dobroci sam potrzebujesz, ponieważ czeka cię sąd i będziesz musiał zdać sprawę ze swoich czynów.
Dlatego Chrystus mówi dalej: „Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który był mu winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego oddać, pan kazał sprzedać jego, jego żonę, dzieci i wszystko, co posiadał” (Mt 18,23–25). Kiedy jednak człowiek ten doznał miłosierdzia, wyszedł i „chwycił za gardło” współsługę, który był mu winien sto denarów (Mt 18,28). Tym postępowaniem wzbudził gniew swego pana, który kazał go wtrącić do więzienia, dopóki nie odda całego długu (Mt 18,34).
Widzisz, jak wielka jest różnica między grzechami popełnionymi przeciw człowiekowi a grzechami przeciw Bogu? Taka, jak między dziesięcioma tysiącami talentów a stu denarami — a nawet znacznie większa. Wynika to zarówno z tego, przeciw komu grzeszymy, jak i z tego, że nasze grzechy nieustannie się powtarzają. Kiedy patrzy na nas człowiek, cofamy się i powstrzymujemy od grzechu. Bóg natomiast widzi nas każdego dnia, a my mimo to bez obawy czynimy i mówimy wszystko, co chcemy. Nasze grzechy stają się jeszcze cięższe ze względu na dobrodziejstwa i zaszczyt, których od Niego doznaliśmy.
Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego nasze grzechy wobec Niego są jak dług dziesięciu tysięcy talentów — albo jeszcze większy — spróbuję pokrótce to wyjaśnić. Obawiam się jednak, że ludzie skłonni do zła, którzy chcą stale grzeszyć, mogliby znaleźć w moich słowach zachętę do jeszcze większej beztroski. Ludzie łagodniejsi mogliby zaś popaść w rozpacz i powtórzyć pytanie uczniów: „Któż więc może być zbawiony?” (Mt 19,25).
Mimo to będę mówił, aby uważni stali się bardziej czujni i pokorni. Ci bowiem, którzy są nieuleczalnie chorzy i utracili wrażliwość, nawet bez tych słów nie porzucają swojej obojętności i niegodziwości. Jeśli znajdą w nich nowy powód do lekceważenia grzechu, winne będą nie moje słowa, lecz ich niewrażliwość. Słowa te mogą przecież powstrzymać tych, którzy ich słuchają, i poruszyć ich serca. Ludzie łagodniejsi natomiast, gdy zobaczą wielkość swoich grzechów, a zarazem poznają moc nawrócenia, tym gorliwiej się go uchwycą. Dlatego trzeba o tym mówić.
Przedstawię więc nasze grzechy: zarówno te, którymi obrażamy Boga, jak i te, którymi krzywdzimy ludzi. Nie będę wyliczał osobistych win każdego z nas, lecz winy wspólne. Niech potem każdy sam, kierując się własnym sumieniem, doda do nich swoje grzechy. Najpierw jednak przypomnę dobrodziejstwa, które otrzymaliśmy od Boga.
Jakie to dobrodziejstwa? Stworzył nas, choć wcześniej nie istnieliśmy, i dla nas uczynił wszystko, co widzialne: niebo, morze i powietrze, a także wszystko, co w nich żyje i rośnie — zwierzęta, rośliny i nasiona. O bezkresnym oceanie Jego dzieł musimy mówić krótko. Spośród wszystkich istot ziemskich w nas tchnął tchnienie życia (por. Rdz 2,7). Zasadził ogród (por. Rdz 2,8), dał człowiekowi odpowiednią pomoc (por. Rdz 2,18), ustanowił nas nad zwierzętami i „uwieńczył chwałą i czcią” (Ps 8,6–7). A gdy człowiek okazał niewdzięczność swojemu Dobroczyńcy, Bóg obdarzył go jeszcze większym darem.
Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię Mateusza, LXI, 1














