Każda niedziela jest przede wszystkim zaproszeniem do udziału w mszy świętej, która uobecnia ofiarę Jezusa Chrystusa. Żeby jednak to „uobecnienie” nie stało się „zawłaszczeniem”, Kościół daje nam w środu naszego spotknia z Pane „homilię”, czyli jak mawiali Grecy „swobodną rozmową” na jakiś temat. Dziś tym tematem jest opowieść Mateuesz z 15 rozdziału jego Ewangelii o uzdrowieniu Syrofenicjanki. Pewnie słyszeliście już lub usłyszycie homilie waszych księży i biskupów. Porówniajcie je z nauczaniem Ojców Kościola. Na dzisiejszą niedzielę proponujemy wam fragment homilli z V wieku świętego Jana Chryzostoma. Całość homilii jest tutaj (jeśli nie jesteście zarejstrowanymi użytkownikami strony, stracicie jej dalszą część, która jest pięknym hymnem o miłosierdziu). Oto fragment dotyczący bezpośrednio fragmentu z niedzielej Ewangelii.
Z pism Ojców
„Jezus odszedł stamtąd i udał się w okolice Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron, wołała do Niego: «Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha»” (Mt 15,21–22).
Marek zaś mówi, że „nie mógł pozostać w ukryciu” (Mk 7,24), choć wszedł do domu. Dlaczego jednak w ogóle udał się w tamte strony? Kiedy uwolnił już Żydów od przestrzegania przepisów dotyczących pokarmów (por. Mt 15,10–20; Mk 7,14–23), wówczas, zachowując właściwy porządek, zaczyna otwierać drzwi także poganom. Podobnie było z Piotrem: najpierw otrzymał pouczenie, że należy odrzucić ten przepis, a następnie został posłany do Korneliusza (por. Dz 10,9–48).
Gdyby jednak ktoś zapytał: „Jak to? Przecież powiedział swoim uczniom: «Nie idźcie do pogan» (Mt 10,5), a sam przyjmuje tę kobietę?” — odpowiedzielibyśmy najpierw, że nakaz, który dał uczniom, nie wiązał w ten sam sposób Jego samego. Po drugie zaś, nie udał się tam po to, aby nauczać. Wskazuje na to również Marek, mówiąc, że Jezus chciał pozostać w ukryciu, lecz nie zdołał się ukryć (Mk 7,24). Tak jak bowiem zgodne z właściwym porządkiem było to, że nie pospieszył najpierw do pogan, tak odpędzanie ich, gdy sami do Niego przychodzili, byłoby niegodne Jego miłości do ludzi. Skoro bowiem należy szukać tych, którzy uciekają, to tym bardziej nie wolno unikać tych, którzy sami przychodzą.
Zobacz przynajmniej, jak bardzo ta kobieta godna jest wszelkiego dobrodziejstwa! Nie odważyła się nawet przyjść do Jerozolimy, ponieważ się lękała i uważała siebie za niegodną. Gdyby tak nie było, z pewnością przyszłaby i tam. Świadczy o tym zarówno jej obecna gorliwość, jak i to, że opuściła własne strony, aby spotkać Chrystusa.
Niektórzy tłumaczą to także alegorycznie: kiedy Chrystus wyszedł z Judei, wtedy Kościół odważył się do Niego przybliżyć, sam również wychodząc ze swoich granic. Powiedziano przecież: „Zapomnij o swoim ludzie i o domu twego ojca” (Ps 45[44],11). Chrystus zatem wyszedł ze swoich granic, a kobieta ze swoich — i dzięki temu mogli się spotkać. Dlatego właśnie Ewangelista mówi: „A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych stron…” (Mt 15,22).
Ewangelista z początku zdaje się mówić o tej kobiecie na jej niekorzyść, lecz czyni to po to, aby tym wspanialej ukazać jej czyn i tym większą oddać jej pochwałę. Kiedy bowiem słyszysz: „kobieta kananejska”, przypomnij sobie owe występne ludy, które do tego stopnia pogrążyły się w złu, że obaliły nawet same fundamenty prawa natury (por. Kpł 18,24–30; Pwt 7,1–5). A gdy już sobie o tym przypomnisz, rozważ także potęgę przyjścia Chrystusa. Ci bowiem, których niegdyś wypędzono, aby nie sprowadzili Żydów na złą drogę (por. Pwt 7,1–4), teraz okazali się o wiele lepiej usposobieni od samych Żydów. Wychodzą ze swoich granic i przychodzą do Chrystusa, podczas gdy tamci — choć On sam do nich przyszedł — usiłowali Go od siebie odpędzić (por. J 1,11). Tak wielka jest moc przyjścia Chrystusa: ci, których niegdyś należało trzymać z dala od ludu Bożego, teraz sami biegną ku Zbawicielowi; ci zaś, którzy od dawna byli Jego ludem, odtrącają Tego, który do nich przyszedł.
Przystąpiwszy więc do Niego, nie mówi niczego więcej, jak tylko: „Ulituj się nade mną” (Mt 15,22), a swoim wołaniem ściąga wokół nich wielu ludzi. Rzeczywiście bowiem był to widok budzący litość: kobieta wołająca głośno w tak wielkim utrapieniu; i to kobieta będąca matką, błagająca za córką — za córką znajdującą się w tak strasznym stanie. Nie śmiała nawet przyprowadzić opętanej przed oczy Nauczyciela, lecz pozostawiła ją leżącą w domu, a sama przyszła z błaganiem. Opowiada jedynie o swoim nieszczęściu i niczego więcej nie dodaje. Nie ciągnie Lekarza do swego domu, jak ów dostojnik, który mówił: „Przyjdź i połóż na niej rękę” (por. Mt 9,18), albo: „Przyjdź, zanim umrze moje dziecko” (por. J 4,49). Ona natomiast, przedstawiwszy zarówno swoje nieszczęście, jak i ciężar choroby, odwołuje się jedynie do miłosierdzia Pana i głośno woła. Nie mówi przy tym: „Ulituj się nad moją córką”, lecz: „Ulituj się nade mną” (Mt 15,22). Tamta bowiem nie jest nawet świadoma własnej choroby, lecz to ja cierpię z powodu jej niezliczonych nieszczęść. Moja choroba jest świadoma, moje szaleństwo wie o samym sobie.
„Lecz On nie odpowiedział jej ani słowem” (Mt 15,23). Cóż to za rzecz nowa i zdumiewająca? Żydów, choć są przewrotni, prowadzi dalej; gdy bluźnią — przemawia do nich; gdy wystawiają Go na próbę — nie odsyła ich. Tej zaś, która biegnie do Niego, prosi i błaga; tej, która nie została wychowana ani przez Prawo, ani przez Proroków, a okazuje Mu tak wielką cześć — tej nie raczy udzielić nawet odpowiedzi!
Któż by się tym nie zgorszył, widząc, jak bardzo to, co się dzieje, różni się od tego, co o Nim opowiadano? Słyszano przecież, że chodził po miastach i wioskach, uzdrawiając chorych (por. Mt 9,35), ją zaś, gdy sama do Niego przyszła, całkowicie odtrąca. I któż nie wzruszyłby się jej nieszczęściem oraz błaganiem matki za córką znajdującą się w tak strasznym stanie? Nie przyszła przecież jako ktoś, kto uważa się za godnego, ani jako ktoś, kto domaga się tego, co mu się należy. Przyszła, prosząc jedynie o miłosierdzie, i tylko opowiedziała o swoim godnym litości nieszczęściu. A jednak nie zostaje uznana za godną nawet odpowiedzi.
Być może wielu spośród tych, którzy to słyszeli, zgorszyło się — lecz ona się nie zgorszyła. A dlaczego mówię o słuchaczach? Sądzę, że nawet sami uczniowie zostali poruszeni cierpieniem tej kobiety; byli głęboko zaniepokojeni i przygnębieni. A jednak, choć tak bardzo ich to poruszyło, nie odważyli się powiedzieć: „Uczyń jej tę łaskę”, lecz: „Uczniowie podeszli do Niego i prosili: «Odpraw ją, bo woła za nami»” (Mt 15,23). My również, kiedy chcemy kogoś do czegoś przekonać, nieraz mówimy coś wręcz przeciwnego temu, czego naprawdę pragniemy.
Chrystus jednak odpowiada: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 15,24). Cóż więc uczyniła kobieta, kiedy to usłyszała? Czy zamilkła? Czy odstąpiła? Czy osłabła jej gorliwość? Bynajmniej! Przeciwnie — zaczęła nalegać jeszcze usilniej. My tak nie czynimy. Kiedy nie otrzymujemy tego, o co prosimy, rezygnujemy, podczas gdy właśnie wtedy powinniśmy prosić tym natarczywiej. A przecież kogóż nie wprawiłyby w zakłopotanie słowa, które wówczas wypowiedział? Już samo Jego milczenie wystarczyłoby, aby doprowadzić ją do rozpaczy, a cóż dopiero taka odpowiedź! Widziała ponadto, że również ci, którzy wstawiali się za nią, znaleźli się w zupełnej bezradności; usłyszała wreszcie, że spełnienie jej prośby jest wręcz niemożliwe. Wszystko to mogło pogrążyć ją w niewypowiedzianej rozpaczy.
A jednak kobieta nie straciła ducha. Kiedy zobaczyła, że jej orędownicy niczego nie wskórali, sama zdobyła się na śmiałość — na ową piękną bezczelność, która rodzi się z niezachwianej wiary. Przedtem nie śmiała nawet stanąć Mu przed oczami — dlatego uczniowie mówią: „Woła za nami” (Mt 15,23). Można by więc oczekiwać, że teraz, pogrążona w zupełnej rozpaczy, odejdzie jeszcze dalej. Ona tymczasem właśnie wtedy podchodzi bliżej, pada przed Nim i mówi: „Panie, dopomóż mi!” (Mt 15,25).
Cóż to, kobieto? Czy masz większą ufność niż apostołowie? Czy masz od nich więcej siły? „Ufności i siły? — odpowiada niejako. — Bynajmniej! Przeciwnie, pełna jestem wstydu. A jednak właśnie tę moją natarczywość uczynię argumentem mojej prośby. On uszanuje moją śmiałość”. Jakże to? Czy nie słyszałaś, że powiedział: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela” (Mt 15,24)? „Słyszałam — odpowiada — lecz On sam jest Panem”. Dlatego też nie powiedziała: „Wstaw się za mną”, ani: „Proś za mną”, lecz po prostu: „Panie, dopomóż mi!” (Mt 15,25). Cóż więc mówi Chrystus? Nawet na tym nie poprzestaje, lecz jeszcze bardziej potęguje jej udrękę, mówiąc: „Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i rzucić szczeniętom” (Mt 15,26). Kiedy wreszcie raczył się do niej odezwać, dotknął ją słowem jeszcze boleśniej niż wcześniejszym milczeniem. Teraz już nie wskazuje na inną przyczynę i nie mówi: „Nie zostałem posłany” (Mt 15,24). Im usilniej ona błaga, tym stanowczej On zdaje się odmawiać. Żydów nie nazywa już „owcami”, lecz „dziećmi”, ją zaś — „szczenięciem”.
Cóż więc odpowiada kobieta? Z samych Jego słów układa swoją obronę. „Owszem — zdaje się mówić — jestem szczenięciem, lecz przecież nie jestem obca”. Słusznie powiedział Chrystus: „Przyszedłem na ten świat, aby dokonać sądu” (J 9,39). Kobieta bowiem okazuje niezwykłe panowanie nad sobą, wielką wytrwałość i wiarę — i to wówczas, gdy spotyka ją upokorzenie. Tamci zaś, choć Chrystus zabiegał o nich i obdarzał ich czcią, odpłacali Mu czymś zupełnie przeciwnym.
„Wiem — mówi — że chleb należy się dzieciom. Ale skoro jestem szczenięciem, i mnie nie należy odpędzać. Gdyby bowiem nie wolno mi było otrzymać niczego, nie wolno byłoby mi nawet spożywać okruszyn. Jeśli jednak wolno mi mieć udział choćby w tak niewielkiej mierze, to i ja nie jestem wykluczona, choć jestem szczenięciem. Co więcej — właśnie dlatego mogę mieć udział, ponieważ jestem szczenięciem”.
Właśnie dlatego Chrystus zwlekał ze spełnieniem jej prośby, ponieważ wiedział, że ona tak odpowie. Dlatego odmawiał jej łaski, aby ukazać jej niezwykłe panowanie nad sobą. Gdyby bowiem nie zamierzał jej wysłuchać, nie uczyniłby tego również później ani nie wystawiałby jej ponownie na próbę.
Podobnie uczynił w przypadku setnika. Powiedział mu: „Przyjdę i uzdrowię go” (Mt 8,7), abyśmy mogli poznać pobożną pokorę tego człowieka i usłyszeć jego słowa: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój” (Mt 8,8). Podobnie uczynił z kobietą cierpiącą na krwotok, mówiąc: „Poznałem, że moc wyszła ode Mnie” (por. Łk 8,46), aby objawić jej wiarę. Tak samo postąpił z Samarytanką: prowadził rozmowę w taki sposób, aby ukazać, że nawet napomniana nie odstępuje, lecz trwa przy Nim (por. J 4,7–29).
Tak również tutaj Chrystus nie chciał, aby tak wielka cnota tej kobiety pozostała ukryta. Nie wypowiedział więc tych słów po to, aby ją znieważyć, lecz aby wydobyć na jaw to, co się w niej kryło, i odsłonić skarb ukryty w jej duszy.
Proszę cię jednak: wraz z jej wiarą spójrz także na jej pokorę. Chrystus nazwał Żydów „dziećmi”, ona zaś nie tylko się z tym zgodziła, lecz nazwała ich nawet „panami”. Tak daleka była od zazdrości o pochwałę udzieloną innym. Mówi bowiem: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruszyny spadające ze stołu ich panów” (Mt 15,27). Widzisz mądrość tej kobiety? Nie odważyła się zaprzeczyć ani jednemu Jego słowu. Nie zabolało jej to, że innych wychwalał, ani nie oburzyła się na to, co sama usłyszała.
Widzisz jej wytrwałość? On powiedział: „Niedobrze jest…” (Mt 15,26), a ona odpowiedziała: „Tak, Panie” (Mt 15,27). On nazwał tamtych „dziećmi”, ona nazwała ich „panami”. On nazwał ją „szczenięciem”, ona zaś przyjęła to określenie i dodała, co czyni szczenię: „Szczenięta jedzą okruszyny spadające ze stołu ich panów” (Mt 15,27).
Widzisz pokorę tej kobiety? Posłuchaj teraz pełnych pychy słów Żydów: „Jesteśmy potomstwem Abrahama i nigdy nie byliśmy niczyimi niewolnikami” (J 8,33). I znowu: „Jednego mamy Ojca — Boga” (J 8,41). Nie tak postępuje ta kobieta. Ona sama nazywa siebie szczenięciem, a ich — panami. I właśnie dlatego sama stała się dzieckiem.
Cóż więc mówi Chrystus? „O niewiasto, wielka jest twoja wiara!” (Mt 15,28). Tak! Właśnie dlatego wcześniej ją odprawiał, aby wreszcie móc wypowiedzieć te słowa wobec wszystkich; aby głośno ogłosić wielkość jej wiary i nałożyć jej koronę: „Niech ci się stanie, jak pragniesz” (Mt 15,28). Jak gdyby mówił: „Twoja wiara zdolna jest dokonać rzeczy jeszcze większych niż ta. Niech jednak teraz stanie ci się tak, jak pragniesz”. Słowa te podobne są do owego głosu, który powiedział: „Niech powstanie sklepienie niebieskie” — i tak się stało (por. Rdz 1,6–7). „I od tej chwili jej córka była zdrowa” (Mt 15,28).
Widzisz więc, jak niemało również sama ta kobieta przyczyniła się do uzdrowienia swojej córki? Dlatego Chrystus nie powiedział: „Niech twoja córka zostanie uzdrowiona”, lecz: „Wielka jest twoja wiara. Niech ci się stanie, jak pragniesz” (Mt 15,28). Chciał cię przez to nauczyć, że wcześniejsze słowa nie zostały wypowiedziane przypadkowo ani też obecna pochwała nie jest jedynie pochlebstwem. Naprawdę wielka była moc jej wiary. Najpewniejszy zaś dowód i potwierdzenie tej prawdy Chrystus pozostawił samemu biegowi wydarzeń: jej córka natychmiast została uzdrowiona (Mt 15,28).
Zauważ jednak, proszę, jeszcze jedno. Apostołowie prosili — i niczego nie osiągnęli. Ta kobieta zaś prosiła — i otrzymała. Tak wielką moc ma wytrwałość w modlitwie. Chrystus woli nawet, abyśmy my sami — choć jesteśmy grzesznikami — błagali Go za naszymi bliskimi, niż żeby inni czynili to za nas. Apostołowie mieli wprawdzie większą swobodę w rozmowie z Nim, lecz ona okazała większą wytrwałość.
A przez to, co wydarzyło się na końcu, Chrystus wyjaśnił także swoim uczniom, dlaczego tak długo zwlekał. Pokazał im, że słusznie nie spełnił od razu ich prośby — chciał bowiem, aby objawiła się cała wielkość wiary tej kobiety.
„Jezus odszedł stamtąd i przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam usiadł. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając ze sobą chromych, niewidomych, ułomnych, niemych i wielu innych. Kładli ich u Jego stóp, a On ich uzdrawiał. Tłumy zaś zdumiewały się, widząc, że niemi mówią, ułomni odzyskują zdrowie, chromi chodzą, a niewidomi widzą. I wielbili Boga Izraela” (Mt 15,29–31).
Teraz On sam przemierza okolicę, teraz zaś siada i oczekuje na chorych; nawet chromych przynoszą do Niego na górę. I już nie starają się jedynie dotknąć Jego szaty (por. Mt 9,20–21; 14,36), lecz posuwają się o krok dalej: pozwalają, aby złożono ich u Jego stóp. W ten sposób okazują swoją wiarę podwójnie: najpierw dlatego, że choć są chromi, podejmują trud wejścia na górę; następnie dlatego, że niczego więcej nie potrzebują, jak tylko tego, aby znaleźć się u Jego stóp. Wielki to był i niezwykły cud: widzieć, jak ci, których przed chwilą przyniesiono, teraz sami chodzą; jak niewidomi nie potrzebują już nikogo, kto prowadziłby ich za rękę. Zdumiewała zarówno ogromna liczba uzdrowionych, jak i łatwość, z jaką dokonywało się ich uzdrowienie.
Widzisz, jak tamtą kobietę uzdrowił dopiero po tak długiej zwłoce, tych zaś uzdrawia natychmiast? Nie dlatego, że oni są od niej lepsi, lecz dlatego, że ona miała od nich większą wiarę. Dlatego wobec niej zwlekał i odkładał spełnienie prośby, aby ukazać jej wytrwałość; tym zaś udziela daru natychmiast, aby zamknąć usta niewierzącym Żydom i odebrać im wszelką możliwość usprawiedliwienia. Im większe bowiem dobrodziejstwa ktoś otrzymał, tym większej podlega karze, jeśli pozostaje na nie nieczuły i nawet okazana mu łaska nie czyni go lepszym.
Dlatego widzisz, że także bogaci, jeśli stają się ludźmi niegodziwymi, ponoszą większą karę niż ubodzy, ponieważ nawet pomyślność nie zdołała zmiękczyć ich serc. Nie mów mi: „Przecież dawali jałmużnę”. Jeżeli bowiem nie dawali stosownie do tego, co posiadali, nawet w ten sposób nie unikną odpowiedzialności. Jałmużna bowiem nie jest oceniana według samej wielkości daru, lecz według wielkoduszności tego, kto daje (por. Mk 12,41–44; Łk 21,1–4). Jeżeli więc karę poniosą nawet ci, którzy wprawdzie coś dawali, lecz nie na miarę swoich możliwości, o ileż bardziej ci, którzy z zapałem troszczą się o rzeczy zupełnie niepotrzebne! Budują domy dwu- i trzypiętrowe, a nie dostrzegają głodnego. Całą uwagę poświęcają pomnażaniu majątku, a zaniedbują jałmużnę (por. Łk 12,16–21; 16,19–25).
Jan Chryrzostom, Homilie na Ewangelię Mateusza 52, 1-3
Punkty do medytacjii
Zwróć uwagę podczas lektury mięzdzy „dosłosłwownośicią” a „alegorią”. Który sposób interpretapcji Billi jesti ci bliżyszy: ten, w którym szybko przechodzi się od dosłownego znaczenia tekstu do pouczeń moralnych czy teologicznych, czy ten, który uważnie przygląda się samej opowieści, żeby z niej wydobyć pouczenie, które jest w niej zawarte. Przyzwyczailiśmy się zwłaszcza o Jezusie myśleć jako o Bożym Synu, dlatego dobrze jest sięgnąć po Jana Chryzostoma, który – nie negując oczywiście wiary Kościoła w Boskość Syna Człowieczego – lubi patrzeć na Niego także przez pryzmat jego ludzkiej natury, którą posiada na równi z nami.














