Kolejna niedziela jest zaproszeniem do udziału w zgromadzeniu Kościoła, podczas którego Chrystus staje się obecny w swoim ciele i w swojej krwi. W okresie zwykłym każdy Dzień Pański jest odkrywaniem Jezusa w codzienności, w czym bardzo pomocne jest przeżywanie tego dnia w świetle Ewangelii, która jest odczytywana podczas zgromadzenia. Dziś usłyszymy fragment z Ewangelii świętego Mateusza (14,23-33), który przed wiekami komentował święty Jan Chryzostom. Całość homilii przez niego wygłoszonej można przeczytać korzystając z naszej Biblioteki patrystycznej. Tutaj zamieszczamy jej fragment.
Z pism Ojców
„Gdy odprawił tłumy, wszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On był tam sam. Łódź zaś była już na środku jeziora, miotana falami, bo wiatr był przeciwny” (Mt 14,23–24).
Dlaczego wchodzi na górę? Aby nas nauczyć, że samotność i odosobnienie są czymś dobrym, gdy mamy się modlić do Boga. Właśnie dlatego, jak widzisz, nieustannie oddala się na miejsca pustynne i często spędza tam całą noc na modlitwie (por. Łk 6,12), ucząc nas, abyśmy także podczas naszych modlitw gorliwie szukali takiej ciszy, jaką mogą nam zapewnić odpowiedni czas i miejsce. Pustynia jest bowiem matką ciszy; jest spokojem i przystanią, która uwalnia nas od wszelkiego zamętu.
On więc w tym celu udał się na górę, uczniowie zaś ponownie są miotani przez fale i zmagają się z burzą równie gwałtowną jak poprzednia. Wtedy jednak, gdy spotkało ich to po raz pierwszy, mieli Go w łodzi (por. Mt 8,23–27), teraz natomiast zostali sami. W ten sposób łagodnie i stopniowo prowadzi ich ku temu, co doskonalsze, i przygotowuje, aby wszystko znosili mężnie.
Widzimy zatem, że kiedy po raz pierwszy znaleźli się w niebezpieczeństwie, On był przy nich, choć spał, tak że w każdej chwili mógł przyjść im z pomocą (Mt 8,24). Teraz zaś, prowadząc ich ku większej wytrwałości, nie czyni nawet tego. Oddala się i pozwala, aby burza zaskoczyła ich na środku jeziora, tak iż nie mogą nawet dostrzec znikąd nadziei ocalenia. Pozwala, by przez całą noc byli miotani przez burzę, chcąc — jak sądzę — w ten sposób całkowicie obudzić ich zatwardziałe serca.
Taka bowiem jest natura lęku, który staje się jeszcze większy, gdy zarówno pora nocy, jak i gwałtowna pogoda potęgują grozę sytuacji. Wraz ze skruchą wzbudził w nich również jeszcze większą tęsknotę za sobą i sprawił, że nieustannie o Nim myśleli.
Dlatego też nie ukazał się im od razu. Powiedziano bowiem: „O czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze” (Mt 14,25). Uczył ich w ten sposób, aby w obliczu grożących im niebezpieczeństw nie domagali się natychmiastowego wybawienia, lecz mężnie znosili wszystko, co ich spotyka.
Co więcej, właśnie wtedy, gdy spodziewali się już ratunku, ich lęk jeszcze bardziej się wzmógł. Powiedziano bowiem: „Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, mówiąc: «To zjawa!» I ze strachu krzyknęli” (Mt 14,26). Tak właśnie On postępuje nieustannie. Kiedy ma zamiar uwolnić nas od tego, co budzi w nas lęk, dopuszcza najpierw inne rzeczy, jeszcze cięższe i bardziej przerażające. Tak też stało się wówczas. Oprócz burzy przeraził ich bowiem także ów widok, i to nie mniej niż sama nawałnica. Dlatego Chrystus ani nie rozproszył ciemności, ani od razu nie dał się rozpoznać. Jak już powiedziałem, przez przedłużanie się tych lęków ćwiczył ich i uczył, aby byli gotowi wszystko wytrzymać.
Podobnie postąpił także z Hiobem. Kiedy miał już położyć kres jego lękowi i doświadczeniu, pozwolił, aby pod sam koniec próba stała się jeszcze cięższa. Nie mam tutaj na myśli śmierci jego dzieci ani słów jego żony (por. Hi 1,18–19; 2,9), lecz zniewagi, jakie spotkały go zarówno ze strony jego sług, jak i przyjaciół. Tak samo, gdy zamierzał wybawić Jakuba z utrapienia w obcej ziemi, dopuścił, aby jego cierpienie jeszcze się wzmogło. Najpierw bowiem dogonił go teść i groził mu śmiercią (por. Rdz 31,22–29), a zaraz potem nadciągnął jego brat, wystawiając go na największe niebezpieczeństwo (por. Rdz 32,7–12). Ponieważ człowiek nie jest w stanie znosić jednocześnie bardzo długich i bardzo ciężkich doświadczeń, dlatego gdy sprawiedliwi zbliżają się już do kresu swoich zmagań, Bóg — pragnąc, aby zdobyli jeszcze większą zasługę — zwiększa ciężar ich walki. Tak uczynił również w przypadku Abrahama, wyznaczając jako jego ostatnią próbę tę, która dotyczyła jego syna (Rdz 22,1–18). W ten sposób nawet rzeczy, których wydaje się nie sposób znieść, stają się możliwe do zniesienia, gdy przychodzą na nas w chwili, w której ich kres jest już blisko, niemal u samych drzwi. Tak samo Chrystus postąpił wówczas z uczniami: nie dał się im rozpoznać, dopóki nie zaczęli wołać. Im większy bowiem ogarniał ich lęk, tym z większą radością przyjęli Jego przyjście.
Kiedy więc krzyknęli, powiedziano: „Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»” (Mt 14,27). Te słowa usunęły ich lęk i napełniły ich ufnością. Ponieważ nie mogli Go rozpoznać wzrokiem — zarówno z powodu niezwykłego sposobu, w jaki się poruszał, jak i z powodu pory nocy — dał się im rozpoznać po swoim głosie.
Cóż więc mówi Piotr, zawsze pełen zapału i zawsze pierwszy wyrywający się przed pozostałych? „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie” (Mt 14,28). Nie powiedział: „Pomódl się i uproś to”, lecz: „Każ mi”. Widzisz, jak wielki był jego zapał i jak wielka wiara? A przecież właśnie przez to często narażał się na niebezpieczeństwo, podejmując się rzeczy przekraczających jego siły. Także tutaj zapragnął czegoś niezwykle wielkiego, lecz uczynił to wyłącznie z miłości, a nie po to, aby się popisać. Nie powiedział bowiem: „Każ mi chodzić po wodzie”. Co zatem powiedział? „Każ mi przyjść do siebie”. Nikt bowiem nie miłował Jezusa tak bardzo jak on. Podobnie postąpił po zmartwychwstaniu: nie mógł znieść tego, że miałby płynąć wraz z innymi, lecz rzucił się naprzód (por. J 21,7). Okazuje tu jednak nie tylko miłość, lecz także wiarę. Wierzył bowiem nie tylko, że Jezus sam może chodzić po jeziorze, ale również, że może sprawić, aby inni po nim chodzili. Pragnął też jak najszybciej znaleźć się przy Nim.
„A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!» Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: «Czemu zwątpiłeś, małej wiary?»” (Mt 14,29–31). To wydarzenie jest jeszcze bardziej niezwykłe niż poprzednie. Dlatego też następuje dopiero po tamtym. Kiedy bowiem Chrystus pokazał już, że panuje nad morzem, prowadzi znak jeszcze dalej, ku czemuś jeszcze bardziej zdumiewającemu. Wcześniej jedynie rozkazał wiatrom (por. Mt 8,26), teraz natomiast sam chodzi po wodzie, a nawet pozwala, aby uczynił to ktoś inny. Gdyby zażądał tego od Piotra na początku, Piotr nie przyjąłby tego równie dobrze, ponieważ nie posiadał jeszcze tak wielkiej wiary.
Dlaczego więc Chrystus pozwolił mu wyjść z łodzi? Gdyby powiedział mu: „Nie potrafisz tego uczynić”, Piotr, z właściwym sobie zapałem, znów by Mu się sprzeciwił. Dlatego Chrystus przekonuje go za pomocą samych wydarzeń, aby na przyszłość stał się bardziej rozważny. Ale nawet to nie wystarcza, aby powstrzymać Piotra. Wychodzi więc z łodzi i ogarnia go lęk. Przeraziły go wzburzone fale, a jego strach spotęgował wiatr.
Jan natomiast mówi, że uczniowie „chcieli Go zabrać do łodzi i natychmiast łódź znalazła się przy brzegu, do którego zdążali” (J 6,21), opisując to samo wydarzenie. Wynika z tego, że gdy zbliżali się już do brzegu, Jezus wszedł do łodzi.
Piotr zaś, wyszedłszy z łodzi, poszedł ku Niemu. Radował się nie tyle z tego, że chodzi po wodzie, ile z tego, że zbliża się do Jezusa. A gdy dokonał rzeczy większej, niewiele brakowało, by uległ temu, co mniejsze — mam na myśli gwałtowność wiatru, a nie samego morza. Taka bowiem jest natura ludzka: dokonawszy nieraz wielkich rzeczy, potyka się o rzeczy mniejsze. Tak Eliasz uląkł się Izebel (por. 1 Krl 19,1–4), Mojżesz — Egipcjanina (por. Wj 2,11–15), a Dawid uległ pokusie związanej z Batszebą (por. 2 Sm 11,2–4). Podobnie było z Piotrem. Gdy lęk uczniów był jeszcze największy, zdobył się na odwagę, aby chodzić po wodzie, lecz później nie potrafił oprzeć się naporowi wiatru — i to mimo że znajdował się tak blisko Chrystusa. Widzisz więc, że nic nie daje sama bliskość Chrystusa, jeśli nie jesteśmy blisko Niego przez wiarę.
Wydarzenie to ukazało również różnicę między Mistrzem a uczniem i uspokoiło odczucia pozostałych apostołów. Skoro bowiem oburzali się na dwóch braci [Jakuba i Jana] (por. Mt 20,24), tym bardziej mogliby poczuć się dotknięci teraz. Nie otrzymali jeszcze bowiem daru Ducha Świętego. Później jednak już tacy nie byli. Przy każdej okazji ustępowali Piotrowi pierwszeństwa i pozwalali mu występować jako pierwszemu w przemowach do ludu (por. Dz 2,14; 3,12; 4,8), choć był bardziej porywczy niż którykolwiek z nich.
Dlaczego Chrystus nie rozkazał wiatrowi ucichnąć, lecz sam wyciągnął rękę i pochwycił Piotra? Ponieważ potrzebna była jego wiara. Kiedy bowiem brakuje tego, co należy do nas, wstrzymuje się również działanie tego, co pochodzi od Boga. Chcąc zatem pokazać, że przyczyną upadku Piotra nie był napór wiatru, lecz brak wiary, mówi: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” (Mt 14,31). Gdyby zatem jego wiara nie osłabła, z łatwością oparłby się także wiatrowi. Dlatego też, jak widzisz, nawet wtedy, gdy Chrystus już go pochwycił, pozwala wiatrowi nadal wiać, pokazując w ten sposób, że nic nie może zaszkodzić człowiekowi, jeśli jego wiara pozostaje mocna. I podobnie jak pisklę, które zbyt wcześnie wypadło z gniazda i już ma spaść na ziemię, zostaje pochwycone przez matkę, która bierze je na skrzydła i zanosi z powrotem do gniazda, tak samo postąpił Chrystus z Piotrem.
„Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył” (Mt 14,32). Wcześniej uczniowie mówili: „Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?” (Mt 8,27). Teraz jednak już tak nie mówią. Powiedziano bowiem: „Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: «Prawdziwie jesteś Synem Bożym»” (Mt 14,33). Widzisz, jak stopniowo prowadził ich coraz wyżej? Najpierw sam chodził po morzu, następnie sprawił, że także ktoś inny mógł po nim chodzić, a gdy ten znalazł się w niebezpieczeństwie, ocalił go. Dzięki temu ich wiara stała się znacznie większa. Wcześniej zgromił morze (por. Mt 8,26), teraz natomiast go nie gromi, lecz w inny sposób jeszcze wyraźniej objawia swoją moc. Dlatego też powiedzieli: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym” (Mt 14,33). Czy zganił ich za te słowa? Bynajmniej. Przeciwnie, potwierdził raczej to, co powiedzieli, i z jeszcze większą mocą uzdrawiał tych, którzy do Niego przychodzili — już nie tak jak wcześniej.
Jan Chryzostom, Homilie na Ewangelię Mateusza 50,1-2
Punkty do medytacji
Czytając homilię Jana Chryzostoma warto zwrócić uwagę przede wszystkim na to, jak uważnie analizuje on sposób budowania relacji między Jezusem a uczniami. Dzięki temu biskup Konstantynopola uświadamia słuchaczom, że sami znajdują się na tej samej drodze, na którą Jezus zaprosił dwunastu. Nic w doświadczeniu chrześcijańskim nie dzieje się od razu, wszystko ma swój czas, nasze życie z Jezusem jest drogą.
Znamienne jest jak dobrze Jan Chryzostom rozumie ludzką naturę, czego dowód daje pisząc w tej homilii o lęku, od którego wiara w Chrystusa ma nas ostatecznie uwolnić. Które zdanie na ten temat przemawia do ciebie najmocniej?














