W różnych dyskusjach teologicznych toczonych w rzeczywistości lub przestrzeni wirtualnej bez przerwy wraca argument: Pismo Święte mówi to i to, więc musimy tak czy tak postępować. Co rusz ktoś powołuje się na autorytet Biblii, żeby nazwać bałwochwalstwem figury i obrazy świętych w naszych kościołach, czy przywołuje rady Pawła Apostoła, których udziela w swoich listach, i oczekuje, że także dziś będziemy ich skrupulatnie przestrzegać. Ojcowie Kościoła mieli zupełnie inne podejście do Biblii. Święte księgi nie są dla nich podręcznikami, które trzeba przeczytać, przyswoić i wcielić w życie, ale tekstami, które trzeba wyjaśnić i z których dopiero trzeba wyciągnąć naukę wskazującą nam drogę dzisiaj.
Takie podejście do ksiąg świętych jest już zaznaczone na kartach Nowego Testamentu. W ostatnich rozdziałach Ewangelii Łukasza znajdujemy opowieść o nieznajomym, który dołącza do uczniów idących w dzień zmartwychwstania Jezusa z Jerozolimy do Emaus. W czasie rozmowy z nimi ów nieznajomy, który okaże się samym Panem, „wyjaśniał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego” (Łk 24,27). Uczniowie znali Pisma, Jezus nie musiał ich z nimi zapoznawać. Czytali je jednak bez głębokiego zrozumienia, dlatego Jezus musi im Pismo wyjaśnić.
Grecki czasownik, którego użyto w tym miejscu, to ἑρμηνεύω (czyt.: hermeneuo), od którego pochodzi techniczne słowo używane w świecie akademicki nie tylko przez biblistów i teologów, ale także u filozofów, prawników, historyków i badaczy kultury: hermeneutyka. Jezus nie był profesorem akademickim więc w drodze do Emaus nie tyle „uprawia hermeneutykę”, co po prostu przedstawia uczniom zupełnie nowe dla nich podejście do Biblii.













