„A gdy Jezus odchodził stamtąd, ujrzał człowieka siedzącego przy komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną».”
1. Gdy [Jezus] dokonał cudu, nie pozostał na miejscu, aby przez samą swoją obecność nie rozpalić jeszcze bardziej ich zazdrości. Oddalił się raczej, okazując im wyrozumiałość i łagodząc wzburzenie ich serc. Tego samego i my się uczmy: nie stawajmy do walki z tymi, którzy knują przeciw nam, lecz starajmy się raczej uśmierzać ich ból, ustępując nieco i łagodząc ich gwałtowność.
Dlaczego jednak nie powołał Mateusza razem z Piotrem, Janem i pozostałymi? Tak jak tamtych wezwał w chwili, o której wiedział, że będą Mu posłuszni, tak i Mateusza powołał wtedy, gdy był pewien, że odpowie na wezwanie. Dlatego też Pawła pochwycił dopiero po zmartwychwstaniu, niczym rybak zdobywający swoją zdobycz. Ten bowiem, który zna serca i przenika najskrytsze tajemnice ludzkich myśli, wiedział także, kiedy każdy z nich okaże posłuszeństwo.
Nie powołał więc Mateusza od razu, gdy ten pozostawał jeszcze w zatwardziałości ducha, lecz dopiero po niezliczonych cudach i po tym, jak sława Chrystusa rozeszła się szeroko, gdy wiedział, że jego serce stało się już bardziej gotowe do uległości.
Warto także podziwiać pokorę Ewangelisty. Nie ukrywa on swego dawnego życia, lecz nawet wymienia własne imię, podczas gdy inni osłonili je innym określeniem. Dlaczego jednak wspomina, że siedział „przy komorze celnej”? Aby ukazać moc Tego, który go powołał. Chrystus nie wezwał go wtedy, gdy porzucił już swoje niegodziwe zajęcie, lecz wyrwał go spośród samego zła. Podobnie nawrócił błogosławionego Pawła, gdy ten jeszcze szalał, pałał gniewem i miotał ogniem prześladowania. Sam Paweł przywołuje to jako dowód mocy Chrystusa, mówiąc do Galatów: „Słyszeliście przecież o moim dawnym postępowaniu w religii żydowskiej, jak ponad miarę prześladowałem Kościół Boży.”
Także rybaków powołał pośród ich codziennej pracy. Było to wprawdzie zajęcie niecieszące się wielkim poważaniem, wykonywane przez ludzi prostych, nieobytych w świecie, stroniących od zgiełku i odznaczających się prostotą serca. Natomiast zajęcie celnika było pełne zuchwalstwa i bezwstydu; był to sposób zarobkowania, którego trudno było uczciwie bronić — handel haniebny, grabież ukryta pod płaszczem prawa.
A jednak Ten, który powoływał, nie zawstydził się żadną z tych rzeczy. I po cóż wspominać tylko o celniku? Skoro nawet wobec kobiety grzesznej nie tylko nie okazał wstydu, ale pozwolił jej całować swoje stopy i obmywać je łzami.
Tak bowiem przyszedł na świat: nie tylko po to, aby uzdrawiać ciała, lecz także po to, aby uleczyć chorobę duszy i wykorzenić z niej wszelką niegodziwość.
A to samo uczynił i w przypadku paralityka. Dopiero gdy jasno objawił, że posiada władzę odpuszczania grzechów, zwrócił się do tamtego człowieka, którego wspominamy, aby teraz nikogo nie gorszył widok celnika powołanego do grona uczniów. Skoro bowiem Ten, który ma moc zgładzić wszelkie nasze winy, zechciał uczynić go apostołem, cóż może w tym budzić zdziwienie?
Skoro więc ujrzałeś potęgę Tego, który powołuje, przypatrz się także posłuszeństwu tego, który został powołany. Nie sprzeciwił się, nie wdał się w spór, nie powiedział: „Cóż to ma znaczyć? Czyż nie jest to wezwanie zwodnicze, skoro zwraca się do mnie, człowieka takiego jak ja?” Nie — taka pokora byłaby w tej chwili nie na miejscu. On natychmiast okazał posłuszeństwo. Nie prosił nawet o czas na powrót do domu i naradę z krewnymi. Jak rybacy pozostawili sieci, łódź i ojca, tak i on porzucił komorę celną oraz swój zysk i poszedł za Chrystusem.
Objawił przez to ducha gotowego na wszystko. Jednym aktem posłuszeństwa zerwał więzy łączące go ze światem i dał świadectwo, że Ten, który go powołał, wybrał chwilę najwłaściwszą.
Może jednak ktoś zapytać: dlaczego ewangeliści nie opowiadają również o powołaniu pozostałych uczniów, a wspominają jedynie Piotra, Jakuba, Jana i Filipa? Dlatego, że ci prowadzili życie szczególnie skromne i niepozorne. Nie było bowiem zajęcia bardziej wzgardzonego niż pobór ceł ani bardziej pospolitego niż rybołówstwo. Także Filip należał do ludzi niskiego stanu, o czym świadczy jego rodzinna miejscowość.
Dlatego właśnie ich życie opisują ze szczególną starannością, abyśmy, widząc, jak niepozorne było ich pochodzenie, tym łatwiej uwierzyli również w wielkie i chwalebne rzeczy, o których świadczą. Skoro bowiem nie przemilczają niczego, co mogłoby uchodzić za hańbę, lecz z największą dokładnością opowiadają zarówno o tym, co dotyczy Nauczyciela, jak i uczniów, jakże można podejrzewać ich o nieszczerość tam, gdzie mówią o sprawach budzących cześć i podziw?
Tym bardziej że wiele znaków i cudów pozostawiają bez wzmianki, natomiast wydarzenia związane z krzyżem — przez wielu uważane za powód do zgorszenia — opisują z niezwykłą dokładnością i bez najmniejszego zawstydzenia. Nie ukrywają też zajęć swoich uczniów, ich słabości i upadków, ani nawet tych przodków swego Pana, którzy wsławili się grzechami, lecz wszystko to ogłaszają otwarcie i bez przemilczeń.
Stąd jasno widać, że nade wszystko umiłowali prawdę i niczego nie pisali ani dla przypodobania się ludziom, ani dla próżnej chwały i popisu.
2. Skoro więc powołał Mateusza, zaraz też obdarzył go wielkim zaszczytem, zasiadając do jego stołu. W ten sposób chciał natchnąć go dobrą nadzieją na przyszłość i umocnić jego ufność. Nie po długim czasie bowiem uleczył jego wadę, lecz natychmiast.
I nie tylko z nim samym zasiadł do posiłku, lecz także z wieloma innymi. Właśnie to stawało się powodem oskarżeń przeciw Niemu, że nie odsuwa od siebie grzeszników. Ewangeliści nie przemilczają nawet takich zarzutów, lecz wiernie przekazują, jakich oszczerstw próbowano użyć przeciw Jego postępowaniu.
Celnicy zgromadzili się wokół Niego jako wokół człowieka należącego do ich świata. Mateusz bowiem, uradowany przyjściem Chrystusa, zaprosił ich wszystkich. Chrystus zaś posługiwał się wszelkimi sposobami leczenia dusz. Nie tylko wtedy, gdy nauczał, uzdrawiał lub odpierał napaści przeciwników, ale nawet podczas wspólnego posiłku prowadził ku poprawie tych, którzy trwali w błędzie. Uczy nas przez to, że każda chwila i każde zajęcie mogą przynieść duchowy pożytek.
A przecież pokarmy, które wówczas przed Nim stawiano, pochodziły zapewne z niesprawiedliwości i chciwości. Mimo to nie wzbraniał się ich spożywać, ponieważ owoc, który miał z tego wyniknąć, był daleko większy. Co więcej, dzielił dach i stół z ludźmi obciążonymi takimi winami. Taka bowiem jest powinność lekarza: jeśli nie zniesie bliskości chorych i ich zepsucia, nie zdoła uwolnić ich od choroby.
Niewątpliwie jednak narażał się przez to na złą opinię: najpierw dlatego, że jadł z celnikiem, następnie dlatego, że czynił to w domu Mateusza, a wreszcie dlatego, że otaczało Go wielu celników. Posłuchaj, jak Go z tego powodu znieważano: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników.”
Niech usłyszą te słowa wszyscy ci, którzy szukają dla siebie chwały przez posty i umartwienia. Niech pamiętają, że samego Pana nazwano „żarłokiem i pijakiem”, a On nie zawstydził się tymi obelgami ani nie zważał na nie, ponieważ pragnął dokonać dzieła, które sobie wyznaczył. I rzeczywiście je osiągnął. Celnik został przemieniony i stał się człowiekiem lepszym.
Abyś zaś wiedział, że wielka ta przemiana dokonała się właśnie dzięki temu, iż Chrystus zasiadł z nim do stołu, posłuchaj słów innego celnika — Zacheusza. Gdy usłyszał od Chrystusa: „Dziś muszę zatrzymać się w twoim domu”, radość dodała mu skrzydeł i zawołał: „Połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie.” Wówczas Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu.” Tak wielka jest moc nauczania, gdy człowiek umie posługiwać się wszelkimi drogami prowadzącymi do dobra.
Ktoś jednak może zapytać: jak pogodzić to z nauką Pawła, który mówi: „Jeśli ktoś, nazywając się bratem, jest rozpustnikiem lub chciwcem, z takim nawet nie siadajcie do stołu”?
Po pierwsze, nie jest rzeczą pewną, czy Apostoł kieruje to polecenie również do nauczycieli Kościoła, czy raczej do wiernych w ogólności. Po wtóre, ci ludzie nie należeli jeszcze do grona doskonałych ani nawet do wspólnoty braci. Wreszcie sam Paweł nakazuje odsuwać się od takich dopiero wtedy, gdy pomimo otrzymanej łaski trwają nadal w dawnym postępowaniu. Tamci natomiast porzucili swe dawne życie i nawrócili się.
3. Lecz nic z tego nie zawstydziło faryzeuszów. Nie odważyli się wprawdzie oskarżyć Go wprost, lecz zwrócili się do uczniów, mówiąc: „Dlaczego wasz Nauczyciel jada z celnikami i grzesznikami?”
Zauważ ich przewrotność. Gdy chcą oskarżyć uczniów, idą do Mistrza i mówią: „Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat.” Tutaj natomiast, pragnąc podważyć autorytet Nauczyciela, zwracają się do uczniów. Była to przebiegłość ludzi usiłujących oddzielić uczniów od ich Mistrza.
Jak odpowiada na to nieskończona Mądrość? „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają.” Widzisz, jak obrócił ich zarzut przeciw nim samym? Oni czynili Mu wyrzut z tego, że przebywa z takimi ludźmi. On zaś pokazuje, że właśnie unikanie ich byłoby niegodne Jego samego i Jego miłości ku człowiekowi. Naprawianie grzeszników nie tylko nie zasługuje na naganę, lecz jest dziełem szlachetnym, koniecznym i godnym wszelkiej pochwały.
Aby jednak nie upokorzyć tych, którzy zostali zaproszeni, nazywając ich po prostu „chorymi”, natychmiast kieruje ostrze napomnienia ku oskarżycielom i mówi: „Idźcie i nauczcie się, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.” Wypowiada te słowa, aby zganić ich za nieznajomość Pisma i wykazać, że choć chlubią się znajomością Bożego prawa, nie rozumieją jego najgłębszego sensu.
Dlatego też zaostrza swoją mowę, nie dlatego, by unosił się gniewem — dalekie to od Niego — lecz aby celnicy nie popadli w całkowite zakłopotanie i nie utracili odwagi. Mógł przecież powiedzieć: „Czyż nie widzieliście, jak odpuściłem grzechy paralitykowi? Czyż nie widzieliście, jak przywróciłem zdrowie jego ciału?” Nie mówi jednak niczego podobnego. Najpierw przemawia do nich na podstawie tego, co jest oczywiste dla ludzkiego rozumu, a dopiero potem odwołuje się do Pisma.
Powiedział bowiem: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”, i dał tym samym do zrozumienia, że sam jest Lekarzem, i dopiero wtedy dodaje: „Idźcie i nauczcie się, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.”
Tak samo postępuje i Paweł. Gdy najpierw umocnił swój wywód przykładami zaczerpniętymi z codziennego życia i zapytał: „Któż pasie trzodę, a nie korzysta z jej mleka?”, wówczas dopiero przywołuje świadectwo Pisma, mówiąc: „W Prawie Mojżesza napisano: Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu.” A następnie dodaje: „Tak też postanowił Pan, aby ci, którzy głoszą Ewangelię, z Ewangelii żyli.”
Z uczniami jednak Chrystus postępuje inaczej. Im przypomina swoje cuda, mówiąc: „Czy jeszcze nie pamiętacie pięciu chlebów dla pięciu tysięcy i ilu koszów ułomków zebraliście?”
Tym natomiast nie przywołuje znaków, lecz odwołuje się do powszechnej ludzkiej słabości i daje im do zrozumienia, że sami należą do grona chorych. Nie znali bowiem nawet należycie Pisma, a zaniedbując inne cnoty, całą swoją gorliwość pokładali w ofiarach. Na to właśnie usilnie zwraca im uwagę, streszczając w jednym zdaniu naukę wszystkich proroków: „Nauczcie się, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.”
Przez te słowa pokazuje, że nie On przekracza Prawo, lecz oni. Jak gdyby mówił: „Dlaczego Mnie oskarżacie? Dlatego, że prowadzę grzeszników do poprawy? Jeśli tak, musicie oskarżyć także Ojca.”
Podobnie powiedział gdzie indziej: „Ojciec mój działa aż do tej chwili i Ja działam.” Tak samo i tutaj: „Idźcie i nauczcie się, co znaczą słowa: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.”
„Jak bowiem taka jest wola Ojca — mówi Chrystus — taką jest również moja.” Widzisz, jak jedno okazuje się drugorzędne, a drugie konieczne? Nie powiedział przecież: „Miłosierdzia i ofiary chcę”, lecz: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary.” Jedno więc zachowuje, drugie usuwa na dalszy plan. Wykazuje zarazem, że to, za co Go oskarżają, nie tylko nie jest zakazane przez Prawo, ale nawet przez Prawo nakazane i bardziej przez Boga cenione niż same ofiary. Przywołuje Stary Testament, który przemawia tym samym głosem i ustanawia prawa zgodne z Jego własną nauką.
Gdy już zawstydził ich zarówno argumentami płynącymi z natury rzeczy, jak i świadectwem Pisma, dodaje jeszcze: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, lecz grzeszników do nawrócenia.”
Mówi to jednak ironicznie, podobnie jak wtedy, gdy Pismo stwierdza: „Oto człowiek stał się jak jeden z Nas.”. Albo gdy Bóg mówi w Psalmie: „Gdybym był głodny, nie powiedziałbym ci o tym.” Żaden bowiem człowiek na ziemi nie był sprawiedliwy. Potwierdza to Paweł, gdy mówi: „Wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej.” Słowa te były także pociechą dla współbiesiadników. „Tak daleki jestem od odrzucania grzeszników — mówi Chrystus — że właśnie dla nich przyszedłem.”
Aby jednak nie uczynić ich przez to bardziej niedbałymi, nie poprzestaje na samym określeniu „grzesznicy”, lecz dodaje: „do nawrócenia.” Jakby mówił: „Nie przyszedłem po to, by pozostali w swoich grzechach, lecz aby się przemienili i poprawili.”
4. W ten sposób zamknął im usta ze wszystkich stron: zarówno świadectwem Pisma, jak i oczywistym porządkiem rzeczy. Oni zaś, nie mając już nic do odpowiedzi, sami okazali się winnymi zarzutów, które Mu stawiali, i przeciwnikami zarówno Prawa, jak i Starego Testamentu.
Odstępują więc od Niego i ponownie kierują oskarżenia przeciw uczniom. Łukasz mówi, że czynili to faryzeusze, ten zaś ewangelista przypisuje te słowa uczniom Jana. Najprawdopodobniej jednak jedni i drudzy wystąpili razem.
Będąc bowiem całkowicie zbici z tropu, szukali sprzymierzeńców, podobnie jak później połączyli się z herodianami. Uczniowie Jana byli zresztą od dawna skłonni do zazdrości wobec Chrystusa i często spierali się z Nim. Tylko na pewien czas zostali upokorzeni, gdy Jan znalazł się w więzieniu. Wówczas przyszli i oznajmili to Jezusowi; później jednak powrócili do dawnej zawiści.
Cóż więc mówią? „Dlaczego my i faryzeusze często pościmy, a Twoi uczniowie nie poszczą?” Oto właśnie choroba, którą Chrystus już wcześniej starał się wykorzenić, gdy mówił: „Kiedy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz.” Wiedział bowiem, jak wielkie zło rodzi się z próżnej chwały.
Mimo to nie gani ich surowo i nie mówi: „O ludzie próżni i wścibscy!” Przeciwnie, odpowiada z całą łagodnością: „Czy mogą goście weselni pościć, dopóki oblubieniec jest z nimi?”
Zauważ tę przedziwną mądrość. Gdy bronił celników i troszczył się o ich zranione serca, surowiej zgromił ich oskarżycieli. Gdy jednak zniewagi dotyczyły Jego samego i Jego uczniów, odpowiada z największą łagodnością i spokojem.
Sens ich zarzutu był następujący: „Przyznajmy — mówili — że czynisz to jako lekarz dusz. Dlaczego jednak Twoi uczniowie również zaniedbują post i zasiadają przy takich stołach?” Aby zaś oskarżenie uczynić jeszcze cięższym, stawiają najpierw siebie, a dopiero potem faryzeuszów, chcąc przez takie porównanie nadać swoim słowom większą moc. Mówią bowiem: „My i faryzeusze często pościmy.”
I rzeczywiście pościli: jedni nauczyli się tego od Jana, drudzy z Prawa. Także faryzeusz mówił przecież: „Poszczę dwa razy w tygodniu.” Cóż więc odpowiada Jezus? „Czy mogą goście weselni pościć, dopóki oblubieniec jest z nimi?” Wcześniej nazwał siebie lekarzem, tutaj zaś nazywa siebie oblubieńcem. Pod tymi obrazami odsłania niewypowiedziane tajemnice swojej osoby i swojego dzieła.
Mógł przecież odpowiedzieć znacznie surowiej: „Nie do was należy ustanawianie takich praw. Jaki bowiem pożytek z postu, gdy serce pełne jest złości? Gdy oskarżacie innych i wydajecie na nich wyroki, sami nosząc belkę we własnym oku? Gdy wszystko czynicie dla ludzkiego uznania? Najpierw należało wam wykorzenić próżną chwałę, a następnie doskonalić się w innych cnotach: w miłości, łagodności i braterskiej życzliwości.” Nic jednak podobnego nie mówi. Z właściwą sobie łagodnością odpowiada jedynie: „Czy mogą goście weselni pościć, dopóki oblubieniec jest z nimi?”
Przypomina im tym samym słowa Jana, który powiedział: „Ten, który ma oblubienicę, jest oblubieńcem; przyjaciel zaś oblubieńca, który stoi i słucha go, raduje się niezmiernie głosem oblubieńca.”
Znaczenie tych słów jest następujące: obecny czas jest czasem radości i wesela; nie należy więc wprowadzać do niego tego, co należy do smutku. Post bowiem jest rzeczą smutną nie ze swej natury, lecz dla tych, którzy są jeszcze słabi duchowo. Dla ludzi pragnących panować nad sobą i ćwiczyć się w cnocie jest on raczej źródłem wielkiej radości i upragnionym dobrem. Jak zdrowe ciało napełnia człowieka żywotnością i siłą, tak zdrowa dusza znajduje szczególną przyjemność w duchowej dyscyplinie. Chrystus mówi jednak zgodnie z ich sposobem myślenia.
Tak samo Izajasz, mówiąc o poście, nazywa go „udręczeniem duszy”, podobnie też Mojżesz.
Nie tylko jednak tym argumentem zamyka im usta. Dodaje jeszcze: „Przyjdą dni, gdy oblubieniec zostanie im zabrany, a wtedy będą pościć.” Przez te słowa ukazuje, że ich obecne zachowanie nie wynika z obżarstwa ani z umiłowania wygody, lecz jest częścią tajemniczego Bożego zamysłu. Jednocześnie kładzie fundament pod późniejszą naukę o swojej męce.
Tak bowiem postępuje Chrystus: nawet wtedy, gdy prowadzi spór z przeciwnikami, równocześnie poucza swoich uczniów i przygotowuje ich na wydarzenia bolesne. Gdyby bowiem wprost zwrócił się do nich z zapowiedzią swego odejścia, słowa te byłyby dla nich szczególnie ciężkie i przykre. Wiemy przecież, że nawet później, gdy mówił o tym otwarcie, wprawiało ich to w głęboki smutek. Wypowiada więc tę zapowiedź wobec innych, aby uczniowie mogli ją usłyszeć niejako z boku i dzięki temu łatwiej ją przyjąć.
Ponadto mogli oni odczuwać pewną ukrytą wyższość wobec uczniów Jana z powodu uwięzienia ich mistrza. Chrystus wykorzystuje więc ten sam temat, aby stłumić wszelką pychę i wyniosłość, jaka mogłaby się w nich rodzić.
Nie mówi jednak jeszcze o swoim zmartwychwstaniu. Nie nadszedł bowiem czas na objawienie tej tajemnicy. O śmierci człowieka można było mówić jako o czymś zgodnym z naturalnym porządkiem rzeczy, lecz zmartwychwstanie należało już do rzeczywistości przekraczającej naturę i ludzkie pojęcie.
5. I tutaj Chrystus czyni to samo, co uczynił wcześniej. Gdy bowiem usiłowano oskarżyć Go o to, że jada z grzesznikami, wykazał, iż Jego postępowanie nie tylko nie zasługuje na naganę, lecz przeciwnie — jest godne najwyższej pochwały. Tak samo postępuje i teraz. Gdy chcą Mu zarzucić, że nie umie należycie kierować swoimi uczniami, pokazuje, że takie oskarżenia pochodzą od ludzi, którzy nie potrafią poprawnie rozumować, lecz osądzają rzeczy pochopnie i bez rozwagi.
„Nikt nie przyszywa łaty z nowego sukna do starej szaty.”
Po raz kolejny buduje swój wywód na przykładach zaczerpniętych z codziennego życia. A znaczenie tych słów jest następujące: „Moi uczniowie nie są jeszcze mocni. Potrzebują wielkiej wyrozumiałości. Nie zostali jeszcze odnowieni przez Ducha, a ludziom znajdującym się w takim stanie nie należy nakładać ciężaru surowych wymagań.” Mówiąc to, ustanawia zarazem zasadę dla swoich przyszłych uczniów, aby wtedy, gdy będą przyjmowali do Kościoła ludzi ze wszystkich narodów ziemi, postępowali wobec nich z wielką łagodnością i cierpliwością.
„Nie wlewają też młodego wina do starych bukłaków.” Widzisz, jak bliskie Staremu Testamentowi są te obrazy: szata, bukłaki, wino? Także Jeremiasz nazywa lud „pasem”, a gdzie indziej wspomina o bukłakach i winie. Ponieważ zaś rozmowa dotyczyła uczty i postu, Chrystus dobiera przykłady zaczerpnięte z tej samej dziedziny.
Łukasz dodaje jeszcze jedno szczegółowe wyjaśnienie: że również nowa tkanina ulega zniszczeniu, gdy zostanie naszyta na starą szatę. Widzisz więc, że nie tylko nie osiąga się żadnej korzyści, lecz szkoda staje się jeszcze większa.
Mówiąc o teraźniejszości, zapowiada równocześnie przyszłość. Oznajmia, że uczniowie staną się kiedyś nowi i mocni, lecz dopóki to nie nastąpi, nie należy nakładać na nich niczego, co byłoby nadmiernie surowe i przykre.
Ten bowiem — mówi Chrystus — kto próbuje zaszczepić wzniosłe nauki przed właściwym czasem, sprawia, że później, gdy czas już nadejdzie, nie przyniosą one pożytku, ponieważ wcześniej zostały odrzucone i utraciły swoją skuteczność. Nie dzieje się tak z winy samego wina ani z powodu wartości nauki, lecz z powodu niewłaściwego czasu, w którym zostaje podana.
W ten sposób wyjaśnia również przyczynę tych pokornych i skromnych słów, którymi tak często przemawiał do uczniów. Ze względu na ich słabość wiele razy mówił o sobie w sposób nieoddający jeszcze pełni Jego godności. Na to właśnie wskazuje Jan, przytaczając słowa Chrystusa: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść tego nie możecie.” Aby zaś nie sądzili, że chodzi wyłącznie o rzeczy już im oznajmione, lecz aby domyślali się, że istnieją także inne, jeszcze większe tajemnice, wskazuje na ich niedojrzałość i jednocześnie daje obietnicę, że gdy staną się mocniejsi, objawi im również pozostałe prawdy. To samo wyraża tutaj słowami: „Przyjdą dni, gdy oblubieniec zostanie im zabrany, a wtedy będą pościć.”
6. Dlatego i my nie wymagajmy od wszystkich wszystkiego od samego początku, lecz tylko tyle, ile są w stanie unieść. W ten sposób łatwo doprowadzimy ich później do rzeczy większych. Jeśli zaś jesteś niecierpliwy i pragniesz szybkich rezultatów, właśnie dlatego nie powinieneś się spieszyć. A jeśli te słowa wydają ci się zagadką, spójrz na samą naturę rzeczy, a zrozumiesz ich pełną moc.
Niech też nie niepokoją cię ludzie, którzy bez rozwagi znajdują powody do nagany. Tutaj również oskarżycielami byli faryzeusze, a oskarżanymi uczniowie. Mimo to Chrystus nie zmienił swojego osądu i nie powiedział: „To wstyd, że jedni poszczą, a drudzy nie poszczą.” Jak doświadczony sternik nie kieruje się wzburzeniem fal, lecz zasadami swojej sztuki, tak postąpił wówczas Chrystus. Bo prawdziwym nieszczęściem nie było to, że uczniowie nie pościli. Nieszczęściem byłoby raczej, gdyby z powodu przedwczesnego postu zostali zranieni w tym, co najważniejsze, zgorszeni, osłabieni i odłączeni od wspólnoty.
Niech więc i nam ta zasada stale towarzyszy i niech kieruje naszym postępowaniem wobec tych, którzy zostali nam powierzeni.
Przypuśćmy na przykład, że ktoś ma żonę rozmiłowaną w strojach, pochłoniętą troską o ozdoby i malowanie twarzy, oddaną zbytkowi, gadatliwą i nierozsądną — choć oczywiście trudno, by wszystkie te przywary spotkały się w jednej osobie; przyjmijmy jednak dla potrzeb rozważań taki właśnie przykład.
„Dlaczego jednak” — powie ktoś — „przedstawiasz przykład kobiety, a nie mężczyzny?” Przecież są i mężczyźni znacznie gorsi od takiej kobiety. Owszem, są. Ponieważ jednak władza kierowania domem została powierzona mężczyźnie, dlatego dla obecnych rozważań posługujemy się przykładem kobiety; nie dlatego, jakoby występki częściej spotykały się u nich.
Przeciwnie, istnieje wiele wad właściwych raczej mężczyznom niż kobietom: zabójstwa, rabowanie grobów, walki ze zwierzętami i wiele innych podobnych czynów. Nie sądź więc, że mówimy w ten sposób z lekceważenia dla kobiecej natury. Bynajmniej. Tak po prostu wygodniej jest nam obecnie nakreślić ten obraz.
Przypuśćmy zatem, że ktoś ma taką żonę, a jej mąż pragnie wszelkimi sposobami doprowadzić ją do poprawy. Jak powinien postąpić? Nie przez nakazywanie wszystkiego naraz, lecz zaczynając od rzeczy łatwiejszych i od tych wad, które nie zawładnęły nią jeszcze całkowicie. Jeśli bowiem od początku zechcesz ją zmienić we wszystkim, zniszczysz całe swoje dzieło.
Nie odbieraj jej więc od razu złotych ozdób. Niech jeszcze przez pewien czas je nosi, gdyż jest to zło mniejsze niż malowanie twarzy i sztuczne upiększanie urody. Najpierw należy wykorzenić właśnie te nawyki. I nie czyń tego przez groźby ani strach, lecz przez łagodną perswazję. Wskazuj przykłady innych, odwołuj się do własnego sądu i przekonania. Mów jej często, że taka sztucznie upiększona twarz nie wydaje ci się piękna, lecz przeciwnie — budzi w tobie niechęć. Przede wszystkim staraj się ją przekonać, że sprawia ci to przykrość. Po własnym świadectwie przywołaj również opinię innych ludzi i pokaż jej, że nawet kobiety obdarzone naturalnym pięknem oszpecają się przez takie zabiegi. W ten sposób stopniowo wykorzenisz samo upodobanie do tych rzeczy.
Nie mów jej jeszcze o piekle ani o Królestwie Bożym. Na tym etapie słowa takie byłyby daremne. Staraj się raczej przekonać ją, że bardziej podoba ci się piękno będące dziełem Boga, pozostawione bez sztucznych dodatków. Kobieta zaś, która dręczy swoją twarz, naciąga skórę, nakłada farby i barwniki, nie wydaje się naprawdę piękna nawet w oczach zwykłych ludzi.
Najpierw więc usuń tę chorobę argumentami dostępnymi ludzkiemu rozumowi i powszechnym osądem ludzi. Dopiero gdy złagodzisz jej usposobienie takimi słowami, dodaj argumenty wyższe i bardziej duchowe.
A jeśli raz przemówisz i nie przekonasz jej, nie ustawaj. Powtarzaj te same słowa drugi, trzeci i wiele razy. Nie czyń tego jednak w sposób przykry i natrętny, lecz pogodnie i z taktem. Raz okaż pewien dystans, innym razem życzliwość i serdeczność.
Czy nie widzisz, jak malarze tworzący piękny portret raz ścierają farbę, innym razem ją nakładają, nieustannie poprawiając swoje dzieło? Nie okazuj się więc mniej gorliwy od nich. Jeśli oni z tak wielką starannością pracują nad podobizną ciała, o ileż bardziej my powinniśmy używać wszelkich środków przy kształtowaniu duszy! Jeżeli bowiem ukształtujesz właściwie duszę, wówczas nie zobaczysz już ciała oszpeconego sztucznymi ozdobami: ust zabarwionych jaskrawą farbą, ust przypominających pysk zwierzęcia splamiony krwią, brwi zaczernionych niczym sadzą z kuchennego naczynia ani policzków pobielonych pyłem jak ściany grobowców. Wszystkie te rzeczy są bowiem jedynie sadzą, popiołem i kurzem — znakami nie piękna, lecz skrajnego oszpecenia.
Lecz zatrzymajmy się. Sam nie wiem, jak to się stało, że dałem się ponieść tym słowom. Gdy pouczałem innych, aby napominali z łagodnością, sam popadłem niemal w gniew. Powróćmy więc do łagodniejszego sposobu pouczania. Znośmy cierpliwie wszystkie niedoskonałości naszych żon, aby osiągnąć to, czego pragniemy.
Czy nie widzisz, jak cierpliwie znosimy płacz dzieci, gdy chcemy odzwyczaić je od mleka? Jak wiele jesteśmy gotowi wytrzymać dla jednego celu — aby przekonać je do porzucenia dawnego pokarmu?
Tak samo postępujmy i tutaj. Znośmy cierpliwie wszystko inne, byle osiągnąć ten jeden cel. Gdy bowiem ta wada zostanie naprawiona, zobaczysz, że pozostałe również zaczną ustępować we właściwym porządku. Wtedy przyjdzie czas, by mówić także o złotych ozdobach, i w podobny sposób będziesz mógł przekonywać ją również w tej sprawie. Tak, prowadząc swoją żonę stopniowo ku właściwej drodze, staniesz się zarazem doskonałym malarzem, wiernym sługą i znakomitym ogrodnikiem dusz.
Przywołuj jej także na pamięć niewiasty dawnych czasów: Sarę, Rebekę, zarówno te obdarzone urodą, jak i te, którym jej brakowało, i pokaż, że wszystkie jednakowo odznaczały się skromnością. Nawet Lea, żona patriarchy, która nie należała do pięknych, nie uciekała się do podobnych zabiegów. Choć nie była urodziwa i nie cieszyła się taką miłością męża jak jej siostra, nie wymyślała sztucznych ozdób ani nie zniekształcała swej twarzy. Zachowała rysy, jakie otrzymała od natury, nieskażone i niezmienione, choć wychowała się pośród pogan.
A ty, która jesteś chrześcijanką, ty, której głową jest Chrystus, czyż sprowadzasz między nas tę szatańską sztukę? Czy nie pamiętasz wody chrztu, która obmyła twoje oblicze? Czy nie pamiętasz Ofiary, która uświęciła twoje usta? Czy nie pamiętasz Krwi Chrystusa, która zarumieniła twój język? Gdybyś tylko rozważyła te rzeczy, choćbyś była tysiąckroć bardziej przywiązana do strojów i ozdób, nie odważyłabyś się pokrywać siebie tym pyłem i tym popiołem. Pamiętaj, że zostałaś zaślubiona Chrystusowi, i porzuć tę niegodną praktykę. Nie takie bowiem piękno znajduje upodobanie w Jego oczach. On miłuje inne piękno, i to miłością niewysłowioną — piękno duszy. Do troski o nie zachęca cię również prorok, mówiąc: „Król zachwyci się twoim pięknem.”
Nie starajmy się więc przez nadmierną troskę o wygląd czynić siebie samych szpetnymi. Żadne dzieło Boga nie jest niedoskonałe ani nie potrzebuje twoich poprawek. Gdyby ktoś odważył się po ustawieniu posągu cesarza dodawać do niego coś od siebie, naraziłby się na wielkie niebezpieczeństwo. Człowiek tworzy i nie śmiesz poprawiać jego dzieła; a gdy tworzy Bóg, ty usiłujesz je ulepszać?
Czy nie myślisz o ogniu piekielnym? Czy nie myślisz o ubóstwie własnej duszy? Dusza pozostaje zaniedbana właśnie dlatego, że cała twoja troska obraca się wokół ciała. Lecz po cóż mówić o duszy? Nawet samemu ciału przynosisz skutki przeciwne do tych, których pragniesz.
Zastanów się. Chcesz wydawać się piękną? Właśnie przez to stajesz się mniej piękna. Chcesz podobać się mężowi? Tym raczej sprawiasz mu przykrość. I nie tylko jemu, lecz także obcym dajesz powód do oskarżeń. Chcesz wyglądać młodo? Tymi zabiegami szybciej sprowadzasz na siebie starość. Chcesz uchodzić za osobę godną szacunku? W rzeczywistości wystawiasz się na zawstydzenie.
Kobieta taka wstydzi się nie tylko przed osobami sobie równymi, lecz nawet przed służącymi, które znają jej tajemnice, i przed domownikami, którzy widzą prawdę. A nade wszystko powinna zawstydzić się sama przed sobą.
Po cóż jednak rozwodzić się nad tym wszystkim? Pominąłem rzecz najcięższą ze wszystkich: że obrażasz Boga; że podkopujesz cnotę skromności; że rozpalasz ogień zazdrości; że naśladujesz nierządnice w ich domach rozpusty.
Rozważcie więc to wszystko, niewiasty, i wyśmiejcie przepych szatana oraz podstępy diabła. Porzućcie to zdobienie, a raczej oszpecanie siebie, i pielęgnujcie piękno duszy — piękno miłe aniołom, upragnione przez Boga i drogie waszym mężom.
W ten sposób osiągniecie zarówno chwałę obecną, jak i tę, która ma nadejść, przez łaskę i miłość ku ludziom naszego Pana Jezusa Chrystusa, któremu należy się chwała i panowanie na wieki wieków. Amen.








