Pod koniec czerwca pisaliśmy o średniowiecznej mistyczce, której teksty pojawiły się wśród publikacji z serii Patrologia Latina: Elżbiecie z Schönau. Teksty w języku łacińskim stanowią już część Biblioteki patrystycznej i możecie je znaleźć tutaj. Zaproponowaliśmy wspólną pracę nad przekładem: ktokolwiek ma życzenie i możliwość, przekazując 40 PLN sprawia, że tekst z łaciny tłumaczony jest na język polski. Dzięki pierwszym darowizom możemy dziś zaprezenotwać przekład całości listu, który Elżbieta napisała do Hildegardy z Bingen. Oto ten przekład.
List Elżbiety z Schönau do Hildegardy z Bingen
Do pani Hildegardy, czcigodnej mistrzyni oblubienic Chrystusa w Bingen,
Elżbieta, pokorna mniszka i przełożona sióstr w Schönau,
przesyła pełne oddania modlitwy i wyrazy najgłębszej miłości.
Niech łaska i pociecha Najwyższego napełnią Was radością, ponieważ okazując współczucie dla mojego utrapienia, przyniosłyście ukojenie mojej duszy. Dowiedziałam się o tym ze słów mojego pocieszyciela, którego zachęciłyście, by nie szczędził mi słów otuchy.
Jak same napisałyście, zostało Wam objawione to, co mnie dotyczy. Dlatego wyznaję szczerze, że od pewnego czasu moje serce spowijał cień niepokoju z powodu bezmyślnych ludzkich plotek. Wielu bowiem mówi o mnie rzeczy nieprawdziwe. Łatwo zniosłabym osądy prostego ludu, gdyby nie to, że także ci, którzy noszą zakonny habit, zadają memu duchowi jeszcze boleśniejsze rany. Nie wiem, jakie pobudki nimi kierują, lecz drwią z łaski, jaką Bóg raczył we mnie okazać, i bez lęku wydają sądy o tym, czego sami nie poznali.
Dotarła do mnie również wieść, że krążą pisma stworzone z cudzego natchnienia, lecz podpisane moim imieniem, jakobym przepowiadała dzień Sądu Ostatecznego. Nigdy nie odważyłam się uczynić czegoś podobnego, gdyż chwila nadejścia tego dnia pozostaje tajemnicą, niedostępną poznaniu śmiertelników. Chcę jednak wyjaśnić Wam, skąd wzięły się te pogłoski, abyście same mogły osądzić, czy dopuściłam się w tej sprawie jakiejkolwiek zuchwałości.
Jak zapewne słyszałyście od innych, Pan okazał mi swoje miłosierdzie w stopniu dalece przekraczającym wszystko, na co mogłabym zasłużyć. Raczył bowiem wielokrotnie odsłaniać przede mną niektóre tajemnice nieba. Często też przez swojego anioła oznajmiał mi, jakie nieszczęścia mają spaść na Jego lud w tych czasach, jeśli nie odwróci się od swoich grzechów i nie podejmie pokuty. Zarazem nakazał mi, bym te przestrogi głosiła otwarcie.
Ja jednak, pragnąc ustrzec się pychy i nie uchodzić za tę, która wprowadza nowe nauki, starałam się, na ile tylko mogłam, zachować te objawienia w ukryciu.
Pewnej niedzieli, gdy jak zwykle pogrążona byłam w duchowym zachwyceniu, stanął przy mnie anioł Pański i rzekł: „Dlaczego ukrywasz złoto w błocie? Oto słowo Boże, które przez twoje usta zostało posłane na ziemię z powodu przewrotności ludzkich serc. Nie po to zostało dane, by pozostawało ukryte, lecz aby zostało objawione ku chwale i uwielbieniu naszego Pana oraz dla zbawienia Jego ludu.”
Po tych słowach uniósł nad sobą bicz i, jakby w wielkim gniewie, uderzył mnie nim pięciokrotnie z taką siłą, że przez trzy dni całe moje ciało cierpiało od zadanych razów. Potem dotknął palcem moich ust i powiedział:„Pozostaniesz niema aż do dziewiątej godziny. Wtedy opowiesz o tym, czego Pan w tobie dokonał.” Milczałam więc aż do godziny dziewiątej. Wówczas dałam znak przełożonej, aby przyniosła mi niewielką księgę, ukrytą wcześniej w moim posłaniu. Zawierała ona część tego, co Pan raczył mi objawić. Gdy podałam ją opatowi Hildelinowi, który przyszedł mnie odwiedzić, moja mowa natychmiast powróciła i wypowiedziałam słowa: „Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu oddaj chwałę.” (Ps 115 [113B], 1)
Następnie wyjawiłam mu jeszcze inne rzeczy, których nie chciałam powierzać pismu. Dotyczyły one wielkiej kary, jaka – jak oznajmił mi anioł – miała wkrótce spaść na cały świat z wyroku Bożego. Błagałam go usilnie, aby zachował to objawienie w tajemnicy.
5. Sam zaś ojciec opat polecił mi, abym oddała się modlitwie i prosiła Pana, aby pozwolił mi zrozumieć, czy chce, by to, co powiedziałam, zostało okryte milczeniem, czy też nie.
Gdy przez pewien czas, wytrwale modląc się w tej sprawie, dręczyłam samą siebie, w Adwencie Pańskim, w święto świętej Barbary, podczas pierwszej straży nocnej, popadłem w ekstazę. Stanął przy mnie anioł Pański i powiedział: „Wołaj donośnym głosem i oznajmij to wszystkim narodom: cały bowiem świat pogrążył się w ciemnościach. I powiesz: Wyjdźcie! Wezwał was Ten, który ukształtował was z ziemi. I powiedz: Czyńcie pokutę, albowiem bliskie jest królestwo Boże”.
Pod wpływem tych słów ojciec opat zaczął rozgłaszać to przesłanie wobec dostojników Kościoła i mężów zakonnych. Niektórzy z nich jednak wypowiadali się inaczej, nieprzychylnie, o aniele, który jest mi bliski, twierdząc, że jest on duchem zwodniczym, przemienionym w anioła światłości. Dlatego sam ojciec opat zobowiązał mnie pod posłuszeństwem, nakazując, abym, gdy anioł ponownie mi się ukaże, zaklęła go w imię Pana i zażądała, by wyjawił mi, czy rzeczywiście jest prawdziwym aniołem Boga, czy też nie. Ja zaś, uważając taki czyn za zuchwały, przyjęłam ten nakaz z wielką bojaźnią.
Pewnego dnia, gdy znajdowałam się w moim uniesieniu, [ten anioł] ukazał mi się jak zwykle i stanął przede mną. Drżąc, powiedziałam do niego: „Zaklinam cię przez Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego, abyś powiedział mi zgodnie z prawdą, czy jesteś prawdziwym aniołem Boga oraz czy prawdziwe są wizje, które widziałam w moim uniesieniu, i słowa, które usłyszałam z twoich ust”. Odpowiedział i rzekł: „Wiedz z całą pewnością, że jestem prawdziwym aniołem Boga i prawdziwe są wizje, które widziałaś. To zaś, co usłyszałeś z moich ust, jest prawdą i prawdziwie się wydarzy, jeśli nie dokona się pojednanie Boga z ludźmi. A ja już od dawna trudzę się z tobą”.
6. Potem, w wigilię Objawienia Pańskiego, gdy się modliłam, ponownie ukazał mi się mój pan, lecz stał z dala ode mnie i miał twarz odwróconą ode mnie. Ja zaś, rozumiejąc jego oburzenie, powiedziałam do niego z bojaźnią: „Panie mój, jeśli sprawiłam ci przykrość tym, że cię zaklęłam, proszę, nie poczytuj mi tego za winę; zwróć ku mnie swoje oblicze i bądź mi łaskawy, ponieważ uczyniłam to przynaglona posłuszeństwem i nie śmiałam przekroczyć nakazu mojego przełożonego”.
Gdy, wypowiadając te słowa, wylałam wiele łez, zwrócił się ku mnie i powiedział: „Okazałaś wzgardę mnie i moim braciom, ponieważ nie miałaś do mnie zaufania. Dlatego wiedz z całą pewnością, że odtąd nie ujrzysz już mojego oblicza ani nie usłyszysz mojego głosu, dopóki Pan i my nie zostaniemy przebłagani”.
Powiedziałam: „Panie mój, w jaki sposób będziecie mogli zostać przebłagani?” A on rzekł: „Powiesz swemu opatowi, aby na pamiątkę moją i moich braci pobożnie odprawił oficjum Boże”. Gdy więc nie raz, lecz wielokrotnie zarówno ojciec opat, jak i pozostali bracia odprawili uroczyste Msze ku czci świętych aniołów, a zarazem siostry uczciły ich pochwalnymi psalmami, ponownie ukazał mi się mój pan z pogodnym obliczem i powiedział do mnie: „Wiem, że to, o co prosiłaś, zostało uczynione z miłości i posłuszeństwa; dlatego otrzymałaś przebaczenie i odtąd będę cię nawiedzał częściej niż dotychczas”.
7. Potem ojciec opat skierował mnie do pewnego miejsca, na prośbę przebywających tam duchownych, aby [on, opat] głosił ludowi słowo Pańskiej groźby, a może oni podejmą pokutę i gniew Boży odwróci się od nich.
Najpierw wraz z nami wszystkimi zaczął błagać Pana, aby raczył objawić swoją wolę: czy słowo, które już zaczęło stawać się jawne, należało rozgłaszać jeszcze szerzej, czy też nie. Gdy więc on sprawował święte tajemnice, a my z największą pobożnością się modliłyśmy, nagle rozluźniły się więzy moich członków, opadłam z sił i popadłam w uniesienie umysłu.
I oto anioł Pański stanął przede mną. Powiedziałam do niego: „Pomnij, panie mój, że powiedziałeś swojej służebnicy: «Moje słowo przez twoje usta zostało posłane na ziemię nie po to, aby było ukryte, lecz aby zostało objawione na chwałę Boga i dla zbawienia Jego ludu». A teraz wskaż mi, co należy uczynić ze słowem groźby, które wypowiedziałeś do mnie: czy stało się już dostatecznie jawne, czy też należy je nadal szerzej głosić?”
On zaś, spoglądając na mnie surowym wzrokiem, rzekł: „Nie wystawiaj Boga na próbę; ci bowiem, którzy Go wystawiają na próbę, zginą. I powiesz opatowi: «Nie bój się, lecz doprowadź do końca to, co rozpocząłeś». Zaprawdę, błogosławieni są ci, którzy słuchają słów tego proroctwa i zachowują je, i nie zgorszą się z twego powodu. To zaś mu przekaż: niech nie zmienia sposobu, którego dotąd trzymał się w głoszeniu; w tym bowiem byłem jego doradcą. Powiedz mu, aby w żadnym razie nie zważał na słowa tych, którzy z zawiści wypowiadają się z powątpiewaniem o tym, co zostało powiedziane w tobie, lecz niech zważa na to, co napisano: że dla Boga nie ma nic niemożliwego”.
8. Umocniony zatem tymi słowami, udał się do miejsca, które wcześniej wyznaczył, i wezwał do pokuty lud, który oczekiwał jego przybycia, zapowiadając, że nadciągnie gniew Boży, jeśli nie postarają się uprzedzić go owocami pokuty. Nigdy jednak, wbrew temu, co o nim rozgłaszano, nie opisywał w żadnym swoim kazaniu, jakie plagi miały zagrażać światu. Stało się więc, że wielu spośród tych, wśród których wieść o tych słowach została rozgłoszona, przez cały okres Wielkiego Postu z wielką bojaźnią umartwiało się przez pokutę oraz gorliwie oddawało się jałmużnom i modlitwom.
W owym czasie ktoś, wiedziony nie wiem jaką gorliwością, wysłał do miasta Kolonii, w imieniu ojca opata i bez jego wiedzy — Bóg świadkiem — listy, w których zawarte były pewne straszliwe groźby, odczytane wobec całego ludu. Chociaż więc ludzie nierozumni szydzili z nas, roztropni przyjęli jednak te słowa z uwagą i czcią i nie wzgardzili oddaniem czci Bogu przez owoce pokuty.
W środę przed dniem Paschy, gdy po wielkich trudach ciała popadłam w ekstazę, ukazał mi się anioł Pański. Powiedziałam do niego: „Panie, co stanie się ze słowem, które wypowiedziałeś do mnie?” On odpowiedział: „Nie smuć się ani nie trwóż, jeśli to, co ci przepowiedziałem, nie wydarzy się w dniu, który ci wyznaczyłem, ponieważ Pan został przebłagany zadośćuczynieniem wielu”.
9. Potem, w piątek, po godzinie trzeciej, wśród ciężkiego cierpienia popadłam w uniesienie umysłu, a on ponownie stanął przy mnie, mówiąc: „Pan ujrzał udrękę swego ludu i odwrócił od nich gniew swego oburzenia”. Powiedziałam: „Cóż więc, panie mój? Czyż nie stanę się pośmiewiskiem dla wszystkich, wśród których rozeszła się wieść o tym słowie?” On zaś rzekł: „Wszystko, co wydarzy się z tego powodu, znoś ze spokojem ducha i życzliwością. Pilnie wpatruj się w Tego, który, choć był Stwórcą całego świata, znosił szyderstwa ludzi. Teraz po raz pierwszy poddaje próbie twoją cierpliwość”.
Oto, pani moja, wyłożyłam wam cały przebieg tej sprawy, abyście i wy poznały moją niewinność oraz niewinność naszego opata i mogły oznajmić ją innym. Błagam zaś, abyście uczyniły mnie uczestniczką waszych modlitw i stosownie do tego co podsunie wam Duch Pański, odpisały mi kilka słów pocieszenia.
Łaska Pana naszego Jezusa Chrystusa niech będzie z wami wszystkimi. Amen.
Komentarz
Hildegarda z Bingen żyła w latach 1098–1179. Była niemiecką zakonnicą benedyktyńską, mistyczką, kompozytorką, pisarką oraz zielarką. Urodziła się w Bermersheim w Niemczech. Już od najmłodszych lat miała wizje religijne, które później opisała w swoich dziełach. Jej wykształcenie, charakter oraz głęboka mądrość sprawiły, że cieszyła się olbrzymim autorytetem w swoich czasach, a w 2012 roku Benedykt XVI ogłosił ją doktorem Kościoła.
Elżbieta zwróciła się do niej z prośbą o pomoc w rozeznaniu swojej własnej sytuacji. Była w tym czasie młodą mniszką (ten list napisała w wieku 23 lat), doświadczającą wizji, ale – jak wynika z tekstu – spotykającą się również z potężną krytyką. W takiej sytuacji zwrócenie się o pomoc w rozeznaniu sytuacji do Hildegardy było krokiem dojrzałym i słusznym.
Elżbieta ocenia krytykę, która na nią spada, jako „bezmyślne ludzkie plotki” i ocenia ją jako „mówienie rzeczy nieprawdziwych”. Otwarcie przyznaje, że krytyka kierowana jest przez osoby zakonne, a zatem mające autorytet w sprawach, o których mówią, ale od razu dodaje, że te osoby „drwią z łaski”, którą Bóg ją obdarzył, i oceniają rzeczy, których same nigdy nie doświadczyły. Możliwe, że Elżbieta musiała po prostu zmierzyć się z niewiarą innych ludzi w autentyczność doznań, które ona sama odbierała jako mistyczne, pochodzące od Boga. Choć w chrześcijaństwie charyzmat prorocki znajdujący swój wyraz w doświadczaniu przez ludzi wizji, pouczeń czy objawień jest doskonale znany od samego początku, nie jest nigdy przyjmowany bezkrytycznie. W Liście świętego Jana znajdujemy zalecenie: „nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie” (1 J 4,1), a u Pawła czytamy: „Ducha nie gaście. Proroctw nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie” (1 Tes 5,19–21). I chociaż to „niedowierzanie” i „badanie” może być dla osoby doświadczającej wizji bolesne i trudne, dojrzała chrześcijańska postawa uznaje to doświadczenie za konieczne. Fakt zwrócenia się przez Elżbietę do Hildegardy jest znakiem, że młoda mniszka choć boleśnie przeżywała niewiarę innych w jej wizje, uznawała proces badania i rozeznawania za konieczny.
Bardzo poważnym zarzutem wobec Elżbiety, który krążył wśród ludzi, było oskarżenie jej o przepowiadanie daty końca świata. Choć tego rodzaju „proroctwa” pojawiają się bez przerwy we wszystkich epokach od samego początku chrześcijaństwa, Kościół w ich sprawie ma jasne rozeznanie: są z gruntu fałszywe. Elżbieta tłumaczy, że ona nigdy takich „proroctw” nie głosiła, ale ktoś podszywał się pod nią szerząc zapowiedź końca świata.
Elżbieta podaje w liście do Hildegardy, że jej wizje dotyczą dwóch tematów: „tajemnic nieba” i „nieszczęść”, które mają spaść na ludzi. W dalszej części „Żywota świętej Elżbiety” poznamy dokładną treść tych wizji i objawień, ale w tym miejscu trzeba już zaznaczyć, że tego rodzaju wizje trudne są do weryfikacji pozytywnej.
„Tajemnice nieba” to często informacje dotyczące życia Jezusa, Maryi czy świętych, których nie mamy od naoczych świadków, więc są jakimś dopowiedzeniem do tego, co wiemy od nich. Czy są prawdziwe? Jak to potwierdzić? Jeśli tego rodzaju objawienia stałyby w jawnej sprzeczności z wiedzą i niezbitymi dowodami, trzeba by je uznać za zmyślenia. Jeśli nie, można je uznać za prawdziwe, ale Kościół nigdy nie przywiązywał do takich szczegółów wielkiego znaczenia. Ktoś może w wizji otrzymać poznanie, że podczas tych trzech dni, które Jezus spędził w Świątyni wśród uczonych w Piśmie, Zbawiciel pościł o chlebie i wodzie i ubrany był w wełnianą tunikę. Tego rodzaju informacji nie da się zweryfikować. Mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Kościół mówi w takim przypadku o wizjach i objawieniach bez znaczenia.
„Tajemnice nieba” to jednak czasem oceny tego, co dobre, święte i potrzebne. Ktoś może mieć widzenie Maryi, aniołów czy świętych, którzy wypowiadają jakieś sprawy o Kościele, sakramentach czy ludziach Kościoła. W takim przypadku znakiem, że wizja może być autentyczna, jest dla Kościoła zawsze zgodność ich treści z doktryną i uznaną przez Kościół praktyką. Choćby anioł z nieba mówił, że Maryja nie lubi jak ludzie przyjmują Komunię świętą na dłoń, Kościół przedklada autorytet wspólnoty, która na pewne rzeczy zezwala a na inne nie, ponad autorytet wizji i przeżyć mistycznych.
Wreszcie „zapowiedzi nieszczęść”… Zasada rozeznania jest prosta: jeśli spełni się to, co prorok zapowiadał, że nadejdzie, prorok jest prawdzwy; jeśli nie, i proroctwo i proroka należy uznać za fałszywe. Kłopot w tym, że sama Elżbieta przyznaje, że nadejście nieszczęść nie jest pewne, ale uwarunkowane pokutą lub jej brakiem. Jeśli Jonasz zapowiadał, że Niniwa będzie zburzona za trzy dni, jeśli się nie nawróci, a ludzie jakąś pokutę podjęli, to czy możemy mieć pewność, że miasto przetrwało ze względu na podjętą pokutę? A może ze strachu przed fałszywą zapowiedzią nieszczęścia ludzie podjęli pokutę, ale także bez niej żadne nieszczęście by nie nadeszło?
Elżbieta pisze o swoim oporze wobec głoszeni objawień, które otrzymywała, i o naleganiu ze strony Boga, żeby ujrzały one światło dzienne. To najczęściej znak autentyczności proroctwa i objawienia: niechęć do bycia „guru”, niechęć do ukazywania otrzymanych darów.
Elżbieta nazywa tego anioła, który regularnie pojawia się w jej wizjach, „panem”. Anioł Elżbiety, jest równocześnie bratem innych aniołów („okazałaś wzgardę mnie i moim braciom”), a wszyscy aniołowie razem są ściśle związani z Panem („dopóki Pan i my nie zostaniemy przebłagani”). W nauczaniu Kościoła słowo „anioł” nie oznacza natury, ale funkcję. Katechizm Kościoła Katolickiego w rozdziałach poświęconych aniołom (nr 329) przywołuje słynne zdanie Augustyna z Hippony: „Anioł oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura? — duch. Pytasz o funkcję? — anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem” (Komentarz do Psalmów 103, 1, 15). Aniołem jest więc jakieś poruszenie duchowe w nas, które zostaje rozpoznane jako wywołane przez Boga bez względu na to jaki jest jego konkretny cel. W tym sensie anioł może wywołać w nas żal prowadzący do nawrócenia. Anioł może objawić nam rzeczy, które Bóg chce byśmy wiedzieli. Anioł może przekazać nam polecenie, które mamy wykonać. Ostatecznie więc to, co uznajemy za anioła, nie tyle mówi o tym aniele, co o naszym wyobrażeniu o Bogu. Dlatego Kościół bardzo ostrożnie podchodzi do aniołów. Już Paweł Apostoł w Liście do Galatów (1,9) pisze: „Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy — niech będzie przeklęty!”. Wydaje się, że Elżbieta była gotowa przekląć anioła, którego nazywa „panem”, gdyby okazało się, że głosi jej coś, co nie jest Ewangelią Kościoła.
W wizji Elżbiety anioł, który w rzeczywistości jest jedynie pośrednikiem między nią a Bogiem, ukazuje się jako zagniewany. Nawet jeśli dziś unikamy takiego sposobu mówienia o Bogu, Chrystusie, aniołach czy świętych, że „obraził się”, „zagniewał”, „odwrócił oblicze”, to jednak taki język jest językiem Biblii (w Psalmach spotykany bardzo często). Elżbiety więc w żaden sposób nie można winić, że nie mówi naszym językiem. Co więcej należy dostrzec w tym doświadczeniu, które opowiada, przeżycie do głębi chrześcijańskie: uwolnienie od gniewu Bożego. Doświadczenia mistyczne Elżbiety nie utrzymują jej w poczuciu winy, niegodności czy byciu przyczyną zagniewania Bożego (nawet jeśli takie odczucia w niej się pojawiają), ale ostatecznie prowadzi do pokoju, do pojednania z Bogiem.
Głoszenie Słowa Bożego zawsze balansuje między rozszerzaniem w świecie słowa pociechy i słowa przestrogi. Każdy człowiek wezwany jest do tego, żeby czynić dobro – to daje pokój, pojednanie z Bogiem i szczęście – i unikać zła – to rodzi smutek, ból, oddala od Boga. Dlatego największym wyzwaniem stojącym przed głosicielem Bożego Słowa jest rozeznanie: co Bóg chce powiedzieć do tych konkretnych ludzi? Jeśli są pojednani z Bogiem i żyją dobrze – trzeba im ogłosić słowo pochwały. Ale jeśli popełniają niesprawiedliwość i idą ku upadkowi – trzeba wygłosić ostrzeżenie, słowo gniewu. Elżbieta i jej opat nie są wyjątkiem w poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie: czy poczucie, że Bóg chce by wśród ludzi rozchodziło się słowo wzywające do opamiętania, pochodzi od Niego, czy to tylko moje wyobrażenie. Już w Starym Testamencie prorok Jeremiasz inaczej niż wszyscy inni prorocy jego czasu głosił słowa gniewu i zapowiadał zburzenie Jerozolimy. W Nowym Testamencie anioł grozi upadkiem i karą Kościołowi w Efezie (Ap 2,5).Dziś też każdy ksiądz inaczej rozeznaje co powiedzieć w kazaniu: jedni uznają, że trzeba na ludzi nakrzyczeć, żeby się poprawili, inni – wręcz przeciwnie – mówią słowa utwierdzające ludzi w ich sposobie myślenia i postępowania. Dopiero czas pokaże, których słów ludzie bardziej potrzebowali. Ten fragment Listu Elżbiety genialnie wskazuje na rzecz szalenie potrzebną w Kościele: rozeznawanie i badanie jakiego rodzaju słowo należy kierować do ludzi.
Niesamowicie ważne jest to zdanie Elżbiety: „Nigdy jednak, wbrew temu, co o nim rozgłaszano, nie opisywał w żadnym swoim kazaniu, jakie plagi miały zagrażać światu”. Kościół nigdy nie uważał, że proroctwa czy objawienia są przepowiadaniem czy przewidywaniem przyszłości: jutro będzie padać, za trzy dni będziesz zdrowy. Bóg nam takich rzeczy nigdy nie objawia, a zatem także anioł nie może takich rzeczy nam powiedzieć. Słowo Boga mówi nam jedno: jesteście stworzeni na mój obraz i moje podobieństwo, więc życie zgodne ze sprawiedliwością da wam szczęście, ale jak będziecie postępować niesprawiedliwie, spotka was kara. Anioł może więc objawić nam istnienie wśród ludzi jakiejś rażącej niesprawiedliwości, co automatycznie pociągnie za sobą poczucie, że trzeba ją wyplenić, by nie przyszło na nas coś okropnego. Nie wiemy jeszcze jakie dokładnie w objawieniach Elżbiety były motywy tego poczucia, że wśród ludzi trzeba zapowiadać karę, ale to zdanie, że głoszenie kary nie było mówieniem o konkretnych kataklizmach jest znakiem, że mamy do czynienia z doświadczeniem autentycznym.
Trzeba zwrócić uwagę na słowa Elżbiety o owocach jakie wydały surowe słowa grożące karą, gdyż były niesamowicie proste i głęboko chrześcijańskie. Ludzie nie popadli w panikę, ale gorliwie przeżyli Wielki Post na modlitwie, poście i jałmużnie.
Z zakończenia listu wynika, że chociaż opat nie głosił konkretnego nieszczęścia i konkretnej daty Elżbieta w swoim spotkaniu z aniołem najwidoczniej usłyszała konkretną datę i rodzaj kary. Niedowierzanie tego rodzaju rewelacjom – co miało miejsce w tym przypadku – jest bardzo chrześcijańską i dojrzałą postawą.
Podczas ostatniego opowiedzianego w liście do Hildegardy spotkania z aniołem Elżbieta stawia mu pytanie: „Czyż nie stanę się pośmiewiskiem?”, które wypływa z faktu, że ona już wie, że zapowiadane kary się nie spełnią. W tym lęku Elżbiety pobrzmiewa treść Księgi Jonasza, w której prorok wezwany przez Boga do zapowiadania Niniwie zniszczenia ucieka przed Nim na drugi koniec świata. Gdy ostatecznie wykonuje tę misję, a zapowiadane przez niego nieszczęścia nie dzieją się, bo mieszkańcy podjęli pokutę, i miasto – wbrew temu co zapowiadał – nie uległo zniszczeniu, Jonasz mówi: „Czy nie to właśnie miałem na myśli, będąc jeszcze w moim kraju? Dlatego postanowiłem uciec do Tarszisz…” (Jon 4,2) Jonasz, który miał głosić straszną karę, przestraszył się własnego przeczucia, że żadna kara na miasto nie spadnie; tak dzieje się z każdym, kto przemawia w imieniu Boga będącego i sprawiedliwym, i miłosiernym.














