Historia rozumiana jako następujące po sobie wydarzenie nie ma ani początku, ani końca; i nie mieści w sobie ani wydarzeń przełomowych, ani faktów bez znaczenia. Dlatego Woland w „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa, chcąc zapowiedzieć Berliozowi bliski koniec jego życia, ma prawo stwierdzić: „Annuszka już rozlała olej, i nie tylko rozlała, ale nawet go kupiła”, skoro na tej plamie rozlanego oleju jego rozmówca się poślizgnie i wpadnie pod tramwaj. Ostatecznie przecież to osoba tworząca historię – rozumianą tym razem już jako opowieść – wyznacza jej początek i koniec, dobiera wydarzenia, które zamieści w historii, i nadaje znaczenie każdemu z nich.
Jestem głęboko przekonany – i mam wrażenie, że zgodzi się ze mną większość ludzi zajmujących się historią religii – że historię chrześcijaństwa należy rozpocząć od Jezusa. Rozumiem oczywiście historyków, którzy wskazują na Pawła Apostoła lub nawet na cesarza Konstantyna jako „założycieli chrześcijaństwa”. Jest w tym sporo racji, skoro musielibyśmy się mocno nagimnastykować, żeby Jezusa nazwać chrześcijaninem lub za chrześcijanina Go uznać. Przecież nie tylko nigdy sam o sobie nie powiedział, że jest chrześcijaninem (takie określenie pojawiło się dopiero w Antiochii kilkanaście lat po Jego śmierci), ale nie czytał Ewangelii, nie chodził na mszę świętą, nie miał swojego biskupa czy proboszcza i nie modlił się na różańcu.














